Po przeczytaniu stwierdziłam, że jest piekielnie nudny i zawiera dużo błędów, niedomówień oraz sprzeczności, więc prawdopodobnie niedługo zastąpi go moja nowa wersja tegoż to rozdziału.
Jestem też w trakcie pisania rozdziału IX, trzymajcie kciuki! :P
7/29/2011
7/24/2011
!!! Już jest rozdział ósmy !!!
Ajjć, co te rozdziały takie krótkie mi wychodzą? Przeszkadza to wam, czy nie?
Rozdział VIII
Szok wbił mnie w krzesło. Pokój zaczął wirować, miałam wrażenie, że zemdleję.
- Słucham? – wydusiłam
- Przykro mi, ale takie są fakty. Znaleziono ciało Marii wczoraj rano na Borney Road.
- Jak można mnie tak bezpodstawnie oskarżać? To się stało przed domem Dakoty Jensey, ją powinniście przesłuchać!
- Jakim domem? - usłyszałam za sobą odgłos zamykanych drzwi. Kobieta w wysokich, śliwkowych szpilkach i kremowym płaszczu wkroczyła dumnie do pokoju. Dyrektor mruknął
-Witam, inspektor Sollar.
Kobieta skinęła tylko głową. Położyła skórzaną torebkę na biurku dyrektora i wpatrywała się we mnie wyczekująco. – Marię Chase znaleziono pół kilometra od najbliższego domostwa. Świadkami byli mieszkańcy jednego z nich, wracający właśnie do domu i po dokładnym przes…
- Jak to „pół kilometra od najbliższego domostwa”? To się stało pod wielką posesją! Ogromną drewnianą ruderą, nie sposób nie zauważyć!
Inspektor uśmiechnęła się tylko.
- Skąd wiesz, gdzie to się stało?
Spuściłam wzrok. Miała mnie. Teraz nikt mi nie uwierzy.
- Ja.. Widziałam to. Stałam.. niedaleko. Ale ja jestem świadkiem, nie mordercą!
- Skoro tak, czy potrafisz go wskazać? – przysunęła się bliżej, niszcząc mnie, patrząc prosto w oczy - Jeżeli naprawdę to widziałaś, to powiedz… Kto zabił Marię Chase?
Zasznurowałam usta i odwróciłam głowę. Mówiąc prawdę pogrążyłabym wszystkich. Nie, nie mogłam tego zrobić. Sollar westchnęła ciężko i odsunęła się ode mnie.
- No to po temacie. Wyprowadzić! – dwaj przysadziści mężczyźni podeszli do mnie i wyprowadzili z gabinetu, biorąc pod ramiona. Na zewnątrz czekała na mnie przykra niespodzianka. Wychudzona kobieta krzyczała w niebogłosy, próbując się wyrwać z ramion mężczyzny, najprawdopodobniej męża. Matka Marii. Jej zbłąkane oczy zatrzymały się na mnie. Przez chwilę przestała się miotać.
- Ty… - szepnęła – Ty… Ty, morderco! Jak mogłaś? Jak mogłaś jej to zrobić! Dlaczego odebrałaś mi to, co w życiu najcenniejsze?! Co ci zrobiła?! Czy ty w ogóle masz pojęcie, co narobiłaś?! Ty szmato! Potworze! Smaż się w piekle! Aaaaaaaaaaa! Jesteś dzieckiem diabła! Dlatego nie znasz ojca! Dziecko diabła!- kobieta szarpała się jak w opętańczym tańcu, powtarzając słowa staruszki. Czułam się podle, pomimo tego, że nie powinnam tak się czuć. Na zewnątrz budynku czekał na mnie radiowóz i… zapłakana mama z Louisem. Mama zauważyła jak mnie wynoszą, wręcz odepchnęła Louisa i podbiegła do mnie.
-Muszę wiedzieć tylko jedną rzecz – złapała mnie za kołnierz bluzki i przyciągnęła – Ty zabiłaś?
- Nie. – odpowiedziałam bez zastanowienia – Uwierz mi. – jeden z mięśniaków odsunął brutalnie moją matkę i wrzucił mnie do radiowozu. Zajęłam przeznaczone mi miejsce, zamknęłam oczy i czekałam na rozwój wydarzeń
Byłam popychadłem. Wszyscy nieustannie przesuwali mnie z miejsca na miejsce. Jakbym z chwilą podejrzenia o zbrodnię, przestawała być człowiekiem. Przed gmachem sądu dla nieletnich, zostałam zakuta w kajdany i zaprowadzona do celi. Położyłam się na łóżku. Piekielnie niewygodne. Przekręciłam się na bok. Nierówność materaca dawała się we znaki. Pomimo tego, poczułam się sennie…
- Wstań, Liso! – ktoś nieprzyjemnie trząsł moim ciałem za ramię. Otworzyłam zaspane oczy. Inspektor Sollar.
- Wybacz mi, panno Buckette. Źle cię oceniłam. Pomimo, że byłaś tu… Zostało popełnione kolejne morderstwo.
-Jak to? – wypaliłam przerażona
- Niestety. Sprawca zostawił te same obrażenia.
- Inspektor Sollar… Kto jest ofiarą? – wyszeptałam. Inspektor milczała. Złapałam ją za ramiona i potrząsnęłam, tak jak ona mną przed chwilą. – Kto jest ofiarą?! – powtórzyłam pytanie, tym razem głośniej.
- Zanim ci powiem – zaczęła – musisz wiedzieć, że ze względu na to co wynikło z rozmowy z psychologiem…
- Rozmawiałam z psychologiem?
- Tak. Byłaś pod wpływem specjalnego specyfiku, zmuszającego do mówienia prawdy, więc nie pamiętasz niczego.
- Prawdy? – zamarłam
- Tak, ale niestety, nie pytaliśmy cię o sprawcę, ponieważ stwierdzono u ciebie zaburzenia rzeczywistości. Zostaniesz skierowana do ośrodka psychiatrycznego. Nie stresuj się.
-Rozumiem – odpowiedziałam. Może to i dobrze?
- Dobrze, więc życzę miłego dnia – uśmiechnęła się smutno. Przypomniało mi się! Morderstwo!
-Ale pani Sollar! Kto jest ofiarą? Kogo zabił… morderca?
Kobieta wzięła głęboki oddech. Widać, że ciężko przechodzi jej to przez gardło.
- Na pewno chcesz wiedzieć? Po co masz się tym zadręczać?
- Tak! Proszę mi powiedzieć.
- To... Victoria Dalley. Przykro mi.
7/22/2011
Juhuu! Rozdział VII
Ach, moja wena wróciła i udało mi się w stosunkowo krótkim czasie napisać rozdział VII! ;) Nie wiem, czy nie jest za krótki. Piszcie w komentarzach jak wam się podoba! Pozdrawiam!
Rozdział VII
Otępienie. Czułam je przez cały dzień. Nie mogę tego nikomu powiedzieć. Najzwyczajniej mi nie uwierzą. Poza tym, kto wie, może ma tyle zimnej krwi by zabić każdego. Każdego, kto się dowie. Każdego, kto jej przeszkodzi. Sama nie wiem, co o tym myśleć. A co dopiero komuś o tym opowiedzieć…
-Maria zniknęła – te słowa spowodowały dreszcz na moim ciele. Ich smutny ton spotęgował jeszcze moje emocje – Wszyscy są przerażeni. Lizz, myślisz, że to ta nowa? – Victoria patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.
-Nie jestem pewna – wyszeptałam, choć wiedziałam dobrze, że ją oszukuję. Może oszukuję i samą siebie?
-Ty coś wiesz… - Vicky okazała się być sprytniejsza ode mnie – Powiedz, przy tym co się dzieję zniosę wszystko.
-Nic nie ukrywam Vicky! – kłamałam. Kłamałam jej w żywe oczy. – Po prostu się boję. Jak wy wszyscy.
-Chodźmy już. – nie wydawała się być usatysfakcjonowana moją odpowiedzią. Jednakże odpuściła. Powlokłam się za nią do szkolnego wejścia. Wszyscy wokół sprawiali wrażenie to zszokowanych, to podekscytowanych. Wszędzie grzmiało od plotek i podejrzeń. Nikt nie zna prawdy. I prawdopodobnie nikt jej nie pozna.
Dźwięk dzwonka rozdrażnił mnie tylko. Zastanawiałam się czy nie uciec daleko stąd, z dala od tej chorej dziewczyny i jej zbrodni. Odrzuciłam szybko ten pomysł, ponieważ wraz z moim zniknięciem nie znikną problemy tego świata. Oczywiście nie chciałam też ranić mojej matki. Nigdy jej nie zostawię. Nie miałabym serca tego robić. Po chwili wróciłam na ziemię i przeszłam przez dębowe drzwi prowadzące do klasy. Usiadłam, czując że powoli wszystko wraca na swoje miejsce. Szybko zorientowałam się, że było to pomyłką. Poczułam na sobie czyjś wzrok, przewiercający mnie na wylot. Nie musiałam się okręcać, by wiedzieć do kogo należy. Dakota nachyliła się tylko i syknęła.
-Ani słowa. Inaczej poleje się krew.
Nie miałam zamiaru mówić komukolwiek. To było jak potwierdzenie moich myśli. Usłyszałam stukot obcasów na parkiecie. Spojrzałam na panią Piercey. Chwila… Zatrzymała się przy mojej ławce. Miała łzy w oczach.
-Nie myślałam, że powiem to do ciebie, Lisa. Nie w tym momencie. Jesteś wzywana do dyrektora.
Serce mi przyspieszyło. Nie dzisiaj!
-Do dyrektora… Ale za co?!
-Nie dyskutuj. Wstań i idź – nauczycielka podeszła do swojego biurka. Nie było innego wyjścia – wstałam i ruszyłam do wyjścia. Chwilę… O co tu chodzi? Przy wejściu dwaj funkcjonariusze policji złapali mnie za ramiona i powlekli do gabinetu.
-Przepraszam bardzo, ale co tu się dzieje?! – krzyknęłam, próbując się oswobodzić z uścisku barczystych policjantów.
-Jak pójdziesz po dobroci, nic ci się nie stanie. – uciszył mnie jeden z mężczyzn.
- Ja po prostu chcę wiedzieć…
-Cicho bądź!
Zostałam wręcz wniesiona do pokoju dyrektora Rey’a. Posadzono mnie na krześle, a faceci z policji stanęli obok mnie, jakbym miała zamiar pozabijać wszystkich dookoła. Dyrektor Frank Rey siedział na fotelu za swoim biurkiem. Jego wyraz twarzy nie wróżył nic dobrego. Dlaczego teraz? Miałam ważniejsze rzeczy na głowie.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po tobie, panno Buckette. – Frank zmarszczył brwi – Nie sprawiałaś problemów do tej pory, więc nie rozumiem dlaczego to zrobiłaś.
-Panie dyrektorze, wybaczy pan, że przerywam, ale wciąż nie mam pojęcia dlaczego tu jestem.
-Nie zgrywaj się, Buckette, mamy świadków. Nie ma innej opcji, jesteś jedyną podejrzaną. Za to, co zrobiłaś, nie ma wystarczającej kary. Oczywiście zostaniesz przebadana przez psychologa, ale do czasu wyjaśnienia tej sprawy, nie mam innego wyjścia, jak zawiesić cię w prawach ucznia. Twoja matka jest już o tym poinformowana. Powinna dotrzeć za parę minut.
-Zawieszona? Psycholog? – miałam mętlik w głowie – Czy ktoś może mi w końcu powiedzieć o co tu chodzi?
- Naprawdę nie wiesz? Naprawdę chcesz brnąć w to, że nie wiesz?
- Tak! – niemal wykrzyczałam. Dyrektor westchnął.
- A więc… Liso Buckette, jesteś podejrzana o zamordowanie Marii Chase.
7/19/2011
Po długiej przerwie rozdział VI! ;)
Rozdział VI
Krwawy pakt
Nie rozumiem, dlaczego to robię. Gdy tylko je ujrzałam, od razu postanowiłam je śledzić. Dakota i Maria żywo dyskutowały o czymś, śmiejąc się donośnie. Nie wsłuchiwałam się w ich słowa. Interesowało mnie tylko jedno – co ona robi z talią kart. Starałam się by moje buty nie stukały o chodnik. Ściszałam swój nerwowy oddech. Chciałam poruszać się najciszej jak mogłam. Okręciłam głowę, sprawdzając czy przy przejściu przez jezdnię nie rozjedzie mnie samochód. Lecz w tym czasie Dakota z Marią zdążyły mnie zgubić.
-Cholera. – mruknęłam. Postanowiłam pokrążyć jeszcze uliczkami. Skoro poszły pieszo, znaczy że nie zaszły daleko. Ludzie otoczyli mnie tłumnie przy głównej ulicy. Towarzyszyły mi strach i podniecenie. Gwar miasta mnie przytłaczał. Skręciłam w Borney Road, licząc na wskazówkę.. Otoczył mnie rząd białych budynków, które okalały różnorodne rośliny, od rozrastających się bluszczy po majestatyczne buki.
-Ładnie tu – mruknęłam sama do siebie. Wtem usłyszałam odgłos kroków. Odwróciłam nieznacznie głowę patrząc w tył, z cichą nadzieją, że zobaczę tam to, za czym podążam. Lecz idący za mną mężczyzna spojrzał na mnie jak na idiotkę i tylko przeszedł obok szybkim krokiem.
Mój wzrok przykuł obskurny dom w cieniu drzew na końcu drogi. Sprawiał wrażenie mającego się zaraz rozlecieć, szyby były popękane, a szara farba odchodziła dużymi płatami z drewnianych des, z których go wykonano. Budynek mocno kontrastował z otaczającymi go białymi rezydencjami w nowoczesnym stylu. Przed jedną z nich, na ławce siedziała kobieta w podeszłym wieku. Wyglądała na uprzejmą. Myślę, że zna swoje sąsiedztwo.
- Przepraszam panią, mogę zająć chwileczkę?
-Proszę bardzo, drogie dziecko. – staruszka uśmiechnęła się.
- Chciałabym wiedzieć… Kto taki mieszka w tamtym domu?
Uśmiech kobiety powoli zbladł. Zastąpiło go bezbrzeżne przerażenie. Jej oczy zaszły mgłą i wpatrywały się we mnie.
-Dziecko diabła. – wyszeptała, po czym wstała i wolnym ruchem podążyła do drzwi swego domu. Tak, to było to, czego szukam. Dom Dakoty – teraz byłam pewna. Podbiegłam do żelaznego ogrodzenia i zaczęłam skradać się do bramy. Mój oddech był głośny. Zbyt głośny. Myślałam, że umrę, ponieważ tuż po chwili poczułam chłodny dotyk na swoim ramieniu.
- Co tu robisz?
Drżąc obróciłam się do tyłu. Maria. Nie wiedzieć czemu, była sama. Wyglądała potwornie. Nagle stała się wychudzona. Chorobliwie blada.
-Ja…
- Idź stąd.
-Słucham?
-Idź stąd, jeśli chcesz żyć.
-Nie rozumiem. Ty mi grozisz? – spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
- Nie grożę. Ostrzegam. – powiedziała cicho, jakby nie chciała, by ktoś inny ją usłyszał. Jej aktualnie wyłupiaste oczy rozejrzały się z przestrachem dookoła.
-Przed czym?
-Ciekawość nigdzie nie prowadzi. Odejdź.
- Ale dlaczego… - urwałam, nie wiedząc o co zapytać. W tym momencie Maria krzyknęła, złapała się za głowę, skuliła i osunęła się ode mnie.
-Co się…
-Idź, idź! Ona i tak mnie zabije! I tak mnie dostanie! Zrobi to, co chce! Nikt nie zatrzyma jej i jej… - przerwał jej własny wrzask. Moje stopy zdawały się być zbyt ciężkie, by je podnieść, chociaż umysł wołał o ucieczkę. Mogłam tylko stać i patrzeć na to co się dzieje.
-Uciekaj! – to było ostatnie co powiedziała. Sekundę później na chodniku leżał tylko trup. Z oczu ciekły jej łzy. Lecz miały kolor czarny. Jak atrament. W tym momencie, coś we mnie drgnęło. Rzuciłam się do ucieczki. Nie spoglądałam na nic, zależało mi tylko na tym, aby znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Jedyne na co zwróciłam uwagę, to współczujący wzrok starszej kobiety siedzącej na ławce. Jak ja spojrzę w twarz tej dziewczynie, kiedy wiem, że jest mordercą?
4/30/2011
Wybaczcie...
Nie pisałam już od bardzo dawna. Żaden pomysł nie przychodził mi do głowy, w ogóle nie miałam weny, zatrzymywałam się po jednym słowie. Nic, absolutne zero. Poza tym byłam zajęta bez przerwy. Dodatkowo miałam już inne, nowe pomysły na opowieści i trochę się pogubiłam. Myślałam nawet o zamknięciu bloga i zaprzestaniu pisania, ale jednak pomysł mnie nawiedził i od dziś znów zabieram się do pisania. Następny rozdział pojawi się za jakieś dwa - trzy dni. Przepraszam tych, którzy tak długo czekali! ;)
3/06/2011
Nareszcie V rozdział...
!!!Jeśli nie chcecie zbyt dużo wiedzieć o tym, co będzie dalej, nie czytajcie fragmentu wyznaczonego inną czcionką!!!
Rozdział V
Wiatr poruszył gałęziami za oknem. Było jeszcze wcześnie, przed pierwszym dzwonkiem. Opierałam się na dłoni w półśnie. Victoria stukała głośno w klawiaturę telefonu. Co chwilę unosiła głowę, sprawdzając czy nikt nie spogląda jej przez ramię. Z zamyślenia wyrwało mnie mocne trzaśnięcie drzwiami. Automatycznie okręciłam się na krześle. Piercey odsunęła krzesło przy swoim biurku. Rzucony dziennik trzasnął o powierzchnię biurka. Zlustrowała klasę wściekłym wzrokiem. Zmrużyła oczy.
-Wasza koleżanka Eveline nie wróciła wczoraj do domu. Nie poinformowała nikogo o tym, jakoby miałaby być dłużej poza domem. Jedyny ślad, jaki mają w jej sprawie to nagrana wiadomość głosowa – z krzesła na końcu sali wstała milcząca dotąd matka Eveline i podała nauczycielce telefon. Rozległ się trzask, charakterystyczny dla rozpoczęcia rozmowy telefonicznej. – „Mamo, idę do koleżanki. Posiedzę trochę i wrócę. Jakby co, to jestem w domu…”- wypowiedź się urwała. Jeszcze przez chwilę słychać było nerwowy szept jednej osoby i wiadomość się skończyła. Nauczycielka znów zabrała głos – Według tego, co mówiła mama Eveline, wasza koleżanka nie była zbyt towarzyska. Jeśli poszła do kogoś do domu, musiał być to ktoś z klasy… Nie mówię, że któreś z was mogło skrzywdzić Eveline. Może coś wam mówiła…
-Błagam – zapłakana kobieta podniosła się – nie kryjcie niczego. Wolę znać prawdę niż nie wiedzieć nic, nawet jeśli byłaby najstraszniejsza z możliwych. – Właśnie. Ja muszę znać prawdę. Obejrzałam się do tyłu. Co dziwne, Dakota prawie w ogóle nie przejęła się zniknięciem Eveline. Grała z Marią w kółko i krzyżyk.
Ogłoszenie nauczycielki wywołało poruszenie w klasie 2b Hingston High College. Też wiele fałszywych oskarżeń. Na szczęście obyło się beż bójek i wyzwisk. Niektórzy przestali sobie ufać. Victoria też zdawała się być dziwna. Posyłała mi czasem pytające spojrzenie, szukające we mnie odpowiedzi. Czyżby mnie podejrzewała?
Czytanie poezji na angielskim wcale nie interesowało nikogo. Czytano od niechcenia, po łebkach, by szybko mieć to z głowy. Jak zawsze z resztą.
- Dakoto przeczytaj od czwartego akapitu.
- Nie – dało się słyszeć bezgłośny szept.
- Dakoto przeczytaj proszę! – Dakota zgrzytnęła zębami, lecz niespodziewanie wzięła książkę. Zaczęła recytować tekst. Zaskoczyła wszystkich. Dźwięki z jej ust płynęły gładko i słodko, pomimo delikatnej chrypki w głosie. Poczułam się jak w hipnozie. Cokolwiek by mi powiedziała, zrobiłabym. Przestraszyłam się tego. Bałam się jej od dłuższego czasu, a wszystko potęgowało moje przerażenie. Mary kołysała się delikatnie na krześle w rytm jej słów. Była wręcz oczarowana. Wzrok miała pusty i chłodny uśmiech na twarzy. Teraz do mnie dotarło.
ª¨§©
Leżała na podłodze bez ducha, zimna i nieruchoma. Oczy szeroko otwarte, a jednak niewidzące. Z mroku wyłoniła się blada dłoń i odsłoniła całą twarz. Sprawdziła, czy nie oddycha. Ręka zgrabnym ruchem ujęła w rękę rude włosy. Blada postać pochylająca się nad trupem charknęła i przesłoniła oblicze zmarłej czarną chustą. Włosy ofiary przybrały kolor chusty. Zabłysły gdzieś w oddali brudnobiałe zęby. Ciszę przedarł szaleńczy chichot. Chusta na twarzy zaczęła przesiąkać świeżą krwią. Dziewczyna poruszyła się po raz ostatni, po czym uniosła się w górę i zawisła. Na jej ciele pojawiały się coraz to nowe szramy, z których płynęła czerwona krew. Skapując barwiła drewniane deski posadzki. Po chwili w powietrzu wisiała już tylko wielka fontanna czerwonej mazi. Tajemnicza osoba pstryknęła palcami, a krew z czarną tkaniną opadła. Ona tymczasem podeszła i zabrała się do zbierania cieczy, lesz nie ścierką, ale talią kart…
ª¨§©
Nie wytrzymam z tym. Muszę z nią pogadać i żadna magia lub voodoo mnie nie powstrzyma. Nie wiele myśląc, przy wyjściu ścisnęłam ją za ramię i odciągnęłam na bok.
-Dlaczego to robisz? Gdzie jest Eveline? Co… - urwałam, czując, że zaraz wybuchnę płaczem. Dakota wydawała się być mną rozbawiona. Nabrałam przemożnej ochoty przyłożenia jej w twarz. Sięgnęła do kieszeni wyciągając cienką rzecz, lecz nie zdążyła jej przekręcić. Przyparłam jej dłonie do ściany i wycedziłam:
-Nawet nie próbuj – przyjrzałam się owej rzeczy. Była to karta. Zwykła karta do gry. Spoglądał na mnie walet pik w kolorowym rynsztunku – Karty? Dlaczego… Co ty z nimi robisz?
-Nie twój interes. Zaufaj mi wolisz nie wiedzieć – Znów wygięła usta w szyderczy uśmiech – Znikaj mi z oczu nim się wkurzę. – wyrwała się z mojego ucisku, odwróciła na pięcie i odeszła.
No, znów króciutki, no ale cóż, ledwo go wysmarowałam. ;) Mam nadzieję, że będzie się podobać.
2/22/2011
Niestety, ostatnio nie miewam weny. Nie potrafię przebrnąć przez rozdział nr 5. Na razie, zostawię listę utworów, którymi się inspiruję. Trochę taki soundtrack ;).
- Bjork - Pneumonia
- Alex Winston - Choice Notes
- Mark Hoppus and Pete Wentz - In Transit
- Fiona Apple - Pale September
- Florence & The Machine - Dog Days Are Over
- Seal - Weight Of My Mistakes (początek)
Jeszcze coś dopisze, ale to potem. ;)
Pozdrawiam
- Bjork - Pneumonia
- Alex Winston - Choice Notes
- Mark Hoppus and Pete Wentz - In Transit
- Fiona Apple - Pale September
- Florence & The Machine - Dog Days Are Over
- Seal - Weight Of My Mistakes (początek)
Jeszcze coś dopisze, ale to potem. ;)
Pozdrawiam
2/15/2011
Rozdział 4
Rozdział IV
Cisza
Moje łzy wsiąkały w materiał poduszki. Dłonie zaciśnięte w pięści. Nie płakałam ze strachu ani smutku, lecz bezsilności. Bezsilności, ponieważ mogłam tylko patrzeć na to, co się dzieje. To co wydarzyło się przed chwilą, rozwiało wszelkie wątpliwości – Dakota była w to wmieszana. Szczerze żałowałam, że muszę czekać jeszcze jeden dzień, aby zażądać wyjaśnień. Chciałam jednego, a mianowicie wiedzieć dlaczego mnie to wszystko spotyka. Nie ważne, jak niebezpieczne by to było. Niewiedza przerażała mnie bardziej niż najgorsze, co mogło spotkać. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Victoria nie zaczekała aż odpowiem. Szybkim krokiem weszła do pokoju i przycupnęła obok mnie na łóżku.
-Co ci się stało? – zapytała, najwyraźniej zszokowana moim zachowaniem
-Ja…- urwałam, bo szloch odebrał mi zdolność mówienia.
- Masz jakiś uraz do kart? Świetnie ci szło, a tymczasem uciekłaś przerażona. Czy jest coś, o czym nie wiem?
Postarałam opanować płacz. Nie bardzo wiedziałam, czy wypada mówić jej o dziwnych zdarzeniach z ostatniego miesiąca.
- Ja… Też do końca nie wiem. To dziwne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Może jestem psychicznie chora… - powiedziałam z nieukrywaną nadzieją, że tak w istocie jest.
- Nawet jeśli, powiedz.
- To się zaczęło od momentu, kiedy spotkałam Dakotę. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że spotkałam ją w lesie. Znalazłam jakieś pudełko, ale ona prosiła mnie, żebym go nie otwierała. Ja otworzyłam. Ze środka posypały się powody nieszczęść, rozumiesz, jak z puszki Pandory. Zaczęła mnie boleć ręka. Na końcu wyszło przedziwne stworzenie. Miało kier. Na piersi. Gdy się obudziłam, ręka nadal bolała. Wtedy pojechaliśmy do szpitala na rentgen. Miałam pęknięcie w kości. Tu karo. A dzisiaj jak grałyśmy w karty… Czas stanął w miejscu. Moja karta uniosła się w powietrze. Poczułam zapach popiołu. Chciałam sprawdzić, dlaczego tak pachnie. Przeszłam do przedpokoju. Wszystko było w kurzu. Przy drzwiach stał jakiś upiór. Z kurzu ułożyła się twarz Dakoty. I wtedy czas zaczął płynąć. Wróciłam na swoje miejsce. A ty… - nie wytrzymałam i znów zalałam się łzami. Victoria nie powiedziała nic. Tylko wpatrywała się we mnie wzrokiem z pokroju „WARIATKA”. Rozłożyła dla siebie materac, położyła się na nim i przykryła kocem. Zasnęła.
Następnego dnia nie zeszłam na śniadanie. Victoria nawet nie starała się mnie obudzić. Skłamała mamie, że późno poszłyśmy spać wczoraj i teraz odsypiam. Nabrała się. O 15 poszła jak zwykle do pracy, nadal nie wiedząc o tym, co się wczoraj wydarzyło. W chwili gdy usłyszałam jej charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, Victoria wsunęła się do mojego pokoju. Usiadła na swoim materacu i zwróciła się do mnie:
-Lisa, czy ty sobie jaja robisz? Bo jeśli tak, to to wcale nie jest śmieszne. Mów! Teraz!
- Victoria, powiedziałam ci wszystko co wiem i co widziałam. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć.
-W takim razie… trzeba sprawdzić tą Dakotę.
Tak przegadałyśmy cały dzień, w szczególności zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie to spotyka. Udało mi się zasnąć.
Rano wstałam szybko, nie zamieniwszy ani jednego zdania z mamą czy Louisem. Liczyło się tylko jedno – porozmawiać z Dakotą. Nie uważałam na lekcjach, odgryzałam się nauczycielom. Dostałam F, gdy matematyczka odpytała mnie z lekcji. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że udało mi się. Zobaczyłam ją, stała, ale co było dziwne, nie sama. Była mocno zajęta dyskusją z Eveline. Przecież przez tyle dni była odludkiem. Nie rozmawiała z nikim. W ogóle się nie odzywała, a tym czasem Eveline śmiała się w najlepsze, rozmawiając z nią. Otrząsnęłam się i taktownie przepraszając Eveline zaciągnęłam Dakotę na bok. Ona chyba nie miała zamiaru nawet spojrzeć na mnie, a co dopiero odezwać się.
-Wiem, że to twoja sprawka – zaczęłam stosunkowo chamsko. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwionymi oczyma.
- Nie udawaj, że nic nie wiesz. Kurz w moim domu utworzył twoją twarz… - Dakota poruszyła ręką, w której coś trzymała. Nagle uświadomiłam sobie, jak idiotycznie to brzmiało. Postanowiłam dać jej spokój. Jeśli rzeczywiście nie miała z tym nic wspólnego.
-Nie ważne. Plotę od rzeczy. Do zobaczenia! – rzuciłam wesoło i odeszłam.
...CO?! Przecież miałam ją zapytać o te dziwne zdarzenia ostatniego miesiąca. To miało przynieść ukojenie. Tymczasem dałam jej po prostu odejść… Jaka ze mnie idiotka! Co mnie naszło? Zatrzymałam się w pół kroku i posłałam Dakocie błagalne spojrzenie, lecz ona nie patrzyła w moją stronę.
- I co? Wyjaśniła ci? – Victoria stuknęła mnie w plecy
-Nie.
-Jak to? Miałaś to z niej wydusić… Dlaczego…
-Nie wiem. Po prostu odeszłam.
-Wiesz… Durna jesteś!
-Wiem – odparłam. W moje życie niszczą dziwne wizje, a ja odpuszczam osobie, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Jak mogłam nie wiedzieć?
-Spróbuj jeszcze raz. Przecież…
-Nie podejdę do niej drugi raz! – przerwałam jej – Nie zrobię tego. Może innym razem. Na dziś koniec.
Dobrnęłam do końca lekcji. Wychodząc z budynku szkoły myślałam o tym, co ja sobie myślałam dobrowolnie jej odpuszczając. Zaraz… Może to nie moja wina. Może ten jej ruch ręką przestawił mój mózg na inny tok myślenia. Może ten przedmiot… Ten sam przedmiot, który trzymała podczas rozmów z chłopakami na początku roku… Może on daje jej pewną moc? Dlatego tak szybko od niej odchodzili… Muszę sprawdzić co to za przedmiot. Muszę rozwiązać jego zagadkę.
2/12/2011
Rozdział 3
Rozdział III
Cień pyłu
Rano obudziło mnie słońce, przeświecające przez mglistą zasłonkę w centralnym oknie mojego pokoju. Nieodwołalnie zapowiedziało początek trzeciego weekendu w tym roku szkolnym. Od momentu wizyty u doktora Hunckle minął prawie miesiąc i moja ręka powoli odzyskiwała dawną sprawność. Gips ograniczał jej ruchy do minimum, ale po dokładnych badaniach okazało się, że pęknięcie się zrosło. Nazajutrz miałam jechać na jego zdjęcie. Jednak w mojej duszy ostał się pewnego rodzaju niepokój. Wszystko zdawało się być powiązanym ze sobą, ale nie łączyło się w żadną sensowną całość. Przekręciłam się na drugi bok i westchnęłam. Wszędzie te znaki. Nie wiedziałam po co ani dlaczego.
Dzień rozpoczął się stosunkowo normalnie. Jak zwykle zjedliśmy naleśniki, które Louis uwielbiał piec w soboty. Ponoć miał to po swojej matce. Nigdy jej nie widziałam. Z tego, co kiedyś podsłuchałam, nie nas znać i ma żal do swojego syna, że zostawił swoją starą rodzinę na rzecz nas. Ja również nie miałam ochoty zaznajamiać się z nią. To świadczyło o jej nieludzkości.
W tą niezwykle nudną sobotę, postanowiłam umówić się z Victorią na noc. Na moje szczęście nie miała żadnych planów. Zjawiła się u moich drzwi punkt szósta z gigantyczną torbą i zestawem filmów do obejrzenia.
- Hej! – rzuciła odgarniając grzywkę przesłaniającą jej oko, po czym delikatnie odłożyła swoją torbę na podłogę w przedpokoju.
- Cześć! Widzę, że się dokładnie przygotowałaś. – spojrzałam z aprobatą na jej torbę i górę płyt, które przytrzymywała brodą.
-No. Wzięłam parę komedii i fantasy. Coś wybierzemy – uśmiechnęła się.
-Będziesz tak stała na korytarzu czy wejdziesz?
-Ach, tak. Już idę. – zmieszała się, po czym przeszła do obszernego salonu. Położywszy płyty na stole, sięgnęła po pilot. Włożyła pierwszą płytę do DVD i włączyła ją. Był to „Kac Vegas”.
-Może być, zostaw – powiedziałam, będąc w połowie na kanapie w swoim domu i w fantastycznym świecie filmu.
Niestety obejrzałyśmy zaledwie piętnaście minut, ponieważ ni stąd ni zowąd w całym domu zabrakło prądu, ale moje przeczucie co do torby Victorii było słuszne.
- Trudno. Poczekaj zaraz coś wygrzebię… - zanurzyła głowę i rękę w przepastnej torbie – Może karty?
Na to słowo zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w talię umieszczoną w jej dłoni oczami wielkimi jak spodki. Unikałam i bałam się tej gry jak ognia. Jednakże, nie chcąc wyjść na głupią lub dziwną wyszeptałam niemrawe:
- Możemy zagrać… - i pełna niepokoju przyjęłam roztasowane przez nią karty. Była to gra w wojnę. Stosik otrzymany przeze mnie był dosyć spory.
Wbrew moim obawom grałyśmy całkiem normalnie. Bez paranormalnych zbiegów okoliczności, ani latających sztyletów. Wygrywałam. Victorii zostały zaledwie trzy karty. Odważnym ruchem wysunęłyśmy karty.
- Wojna – szepnęła Victoria, co skłoniło mnie do spojrzenia na karty. Moja królowa kier prezentowała się ciekawie na tle czarnej posadzki, lepiej niż królowa pik Victorii. Sięgnęłam po kartę z wierzchu talii, gdy nagle wydarzyła się jedna z rzeczy, których się spodziewałam. Nie zdążyłam zakryć swojej królowej. Wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnego na srogi i wściekły. Po chwili karta uniosła się i zaczęła wirować, jak w morderczym balecie. Nie krzyczałam, ponieważ byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle królowa zatrzymała się wpół obrotu. Nie drgała, nie poruszał nią wiatr. Jak w próżni.
-Byłam pewna, że to się stanie – wymamrotałam niewyraźnie. Victoria nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko zahipnotyzowanym wzrokiem w nieruchomą kartę. Jednak po chwili poczułam zapach popiołu. Był on tak mocny, że aż duszący.
-Pójdę sprawdzić co tak pachnie – ostrzegłam ją, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słucha. Podniosłam się z podłogi i wyszłam na przedpokój skąd pochodził zapach. Za chwilę mocno tego pożałowałam. Wszystkie meble, ściany, zdjęcia pokryte były grubą warstwą kurzu. Jakby tego miejsca nie odwiedzał nikt od wielu lat. Poczułam mocny podmuch wiatru na plecach. Odwróciłam się, by sprawdzić co było jego źródłem. Chciałam od razu zapomnieć to, co zobaczyłam. Otarłam się o postać, która w niczym nie przypominała człowieka. Kościste palce wystawały spod połów żółtawo-białego płaszcza. Wydawała się być stworzona z kurzu, który był obecny wszędzie. Twarz przypominała trupią czaszkę, ale dawała wrażenie ulotnej, jakby zrobionej z dymu, trzymającego zwarte ułożenie. Wiatr poruszył drobinami i na zakurzonej podłodze wyżłobiła się twarz Dakoty. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale dźwięk umilkł zanim wydostał się z mojej piersi. Nagle poczułam, jak jakaś nadludzka siła ciągnie mnie w kierunku miejsca skąd przyszłam. Postacie rozpadły się i wsiąkły razem z pyłem. Królowa kier opadła z gracją na swoje miejsce, a czas znowu zaczął płynąć. Victoria ożywiła się i sięgnęła po swoją kartę.
-Nie – szepnęłam
-Dlaczego?
-Odłóż to.. – powiedziałam głośniej
-O co ci chodzi?
-ODŁÓŻ TO! – wrzasnęłam i pobiegłam na górę, trzaskając salonowymi drzwiami.
Oceńcie sami :). Wiem, że trochę krótkie, ale mogę to rozbudować. Chyba, że tak wam pasuje... Miłego czytania! Rozdział IV za dwa, trzy dni!
2/10/2011
Przepraszam!!!!
Muszę się Wam do czegoś przyznać... Od paru dni nawet nie otworzyłam pliku ze swoją książką! Bardzo przepraszam, w końcu od ostatniego posta minął szmat czasu... Nie miałam weny, czasu ani pomysłu na to, o czym napisać w rozdziale nr III, ale wczoraj doznałam olśnienia i od dnia dzisiejszego zabieram się za pisanie. Mam nadzieję, że morski klimat nie wpłynie negatywnie na moje pisanie... ;)
1/25/2011
Druga połowa II rozdziału!!! JUŻ JEST! ;)
Po końcu lekcji i towarzyskiej rozmowie przy niezwykle odpychającym jedzeniu ze stołówki zmierzałam w kierunku głównego wyjścia. Powstrzymał mnie jednak deszcz kropiący na zewnątrz. Usiadłam więc na ławce obok drzwi i sięgnęłam do torby po swój szkicownik, lecz gdy tylko dotknęłam swoją dłonią szorstką okładkę zeszytu, poczułam czyjś oddech na swoim ramieniu. Okręciłam się, ale gdy spojrzałam za siebie, chciałam wrzasnąć. Po sekundzie powód mojego strachu zniknął. Byłam święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu stała za mną zakapturzona postać. Ubiór był w kolorze żółtawej bieli, a na kieszeni, niczym herb widniał trefl. Przez ten idiotyczny sen zaczynałam miewać przywidzenia… Przymknęłam oczy, podsumowując w myślach wczorajszy dzień. Po chwili zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę. Uspokoiło mnie to, więc otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno, czy nie stoi tam srebrne auto Louisa. Niestety – parking był pusty. Zachmurzone niebo miało kolor dymu, a spadające krople wydawały charakterystyczny dźwięk. Wszystko tworzyło niezwykle osobliwy nastrój, co sprawiało, że czułam się inaczej niż zwykle. W końcu wyjęłam szkicownik i wyciągnęłam pióro… Chwila… Nie oddałam jej pióra! Ujęłam je w dwie ręce i obejrzałam dokładnie. Nie wyglądało na tanie. Dziwiło mnie to, że się nie upomniała. No cóż, Nie oddam jej go teraz. Otworzyłam zeszyt, ale nie zdążyłam nic narysować, ponieważ na zewnątrz rozległ się dźwięk klaksonu. Zerknęłam przez ramię i gdy tylko zobaczyłam błyszczący lakier srebrnego samochodu, poderwałam się z miejsca pociągając za sobą plecak. I to był błąd. Nagle temperatura w ręce trzymającej plecak poczyna wzrastać. Nacisnął na nią krępujący ją bandaż. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, co zdarzyło się w nocy. Ręka zaczęła mnie parzyć. Upuściłam plecak z potwornym wrzaskiem i złapałam się za prawy nadgarstek. Zwróciłam błagalny wzrok w kierunku samochodu. Louis otworzył drzwiczki i wpadł jak burza przez szklane drzwi. Na powitanie nie powiedział nic.
-Pokaż – wyciągnął do mnie rękę. Uniosłam obie ręce i delikatnie ułożyłam prawą na jego dłoni. Nacisnął na tętnicę. Żadnych zmian.
-Boli? – zapytał. Przytaknęłam, ponieważ czułam, że gdybym tylko otworzyła usta, zaczęłabym krzyczeć i jęczeć. Nie chciałam tego.
- Dojdziesz do samochodu? – w odpowiedzi, podniosłam bolącą rękę i wstałam. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. On wziął plecak i podążył za mną. Otworzył mi wpierw drzwi szkoły, potem samochodu. Usadowiłam się wygodnie na swoim miejscu, nie zapinając nawet pasa.
Louis jechał najszybciej jak mógł. Wyprzedzał wszystkie samochody, nie zatrzymywał się na światłach. Za niecałe piętnaście minut byliśmy już w recepcji miejskiego szpitala. Wsłuchiwałam się w swoje płytkie oddechy, starając się nie myśleć o bólu trawiącego prawą rękę. Druga dłoń cały czas kurczowo ją ściskała. Louis nawrzeszczał na recepcjonistkę, ponieważ mówiła, że doktor się spóźni. Ze strzępek jego wypowiedzi usłyszałam o tym, jak można nie poinformować wcześniej o spóźnieniu i że moja ręka to poważna sprawa. Na szczęście tej biednej recepcjonistki, właśnie w tej chwili wszedł doktor Hunckle. Mój ojczym podszedł do niego i zażądał, aby od razu nas przyjął. Hunckle był człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, dlatego wysłuchał prośby Louisa i zaprosił mnie do gabinetu RTG. Odwinął z bandaża moją rękę. Wydałam z siebie krótki jęk. Delikatnie ułożył moją rękę na stole rentgenowskim. Parę sekund później było po wszystkim. Zawiązał mi bandaż z powrotem.
-Dobrze. Pójdziesz do mojego gabinetu. Na końcu korytarza i w lewo. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie wrócę.
Właściwie, Hunckle nie musiał tłumaczyć drogi do jego gabinetu. Według wskazówek doktora, rozsiadłam się na łóżku lekarskim. Od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Tablice dotyczące chorób układu oddechowego wisiały na swoim miejscu, a stary, skórzany fotel stał obok biurka jak zawsze. Na doktora nie musiałam czekać długo. Za minutę stał obok mnie i wyjmował wyniki badania rentgenowskiego. Przyjrzał im się dokładnie.
-Hmmm… - Hunckle zmarszczył brwi – Dziwne. Poczekaj, pójdę po Louisa – i wybiegł z gabinetu. Coś było nie tak. Po sekundzie wrócił wprowadzając do środka zaaferowanego Louisa, który nerwowo zaciskał ręce w pięści. Doktor podszedł do biurka i wziął do ręki zdjęcia rentgenowskie.
- Podejdźcie – wstałam, uważając na rękę. Louis podążył za mną. Rozłożył przed nami zdjęcie i wskazał ręką na ciemny punkt w kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. – Widzicie to? Wygląda jak pęknięcie. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę uraz o takim kształcie! – na te słowa przyjrzałam się rentgenowi. Ciemny znak miał kształt rombu. Nasunęło mi się tylko jedno skojarzenie. Karo.
Prawdopodobnie wprowadzę parę poprawek. Jak macie uwagi to piszcie ;)
1/20/2011
Kontynuacja 2 rozdziału już jutro!!!
Słuchajcie, jutro będzie można przeczytać końcówkę, a raczej połowę 2 rozdziału. Przepraszam za opóźnienia, wynikły one z braku czasu i dostępu do komputera. Pozdrawiam.
1/14/2011
3/4 rozdziału II
Rozdział II
Pytania bez odpowiedzi
Wiatr rozwiewa mi włosy. Biegnę przez las nie zważając ani na rozwiązane sznurówki trampek, ani na wszechobecny mrok i chłód. Co jakiś czas potykam się o wystające korzenie i upadam, czując pod sobą wilgoć porannej rosy. Nie obchodzi mnie to. Ilekroć upadam zawszę się podnoszę, bo wiem o tym, że do celu dojść muszę. Jest on coraz bliżej. Parę ptaków zniżyło swój lot zapowiadając deszcz. Nawet deszcz nie może mnie powstrzymać. Moje buty przemokły już całkiem. Zaczyna brakować mi sił, ale wierzę, że mi się uda. I udało. Dotarłam do granicy świata, gdzieś, gdzie zlewają się dwa wymiary. Jedyne co stało na mojej drodze, był to ścięty pień drzewa. Wystarczyło go przeskoczyć i wygrałam. Dotknęłam kory i już chciałam się podciągnąć aby zwyciężyć, lecz w otworze pnia zauważyłam przedmiot. Zgubiła mnie ludzka ciekawość. Byłam tak blisko tryumfu. Wyciągnęłam stamtąd czarne pudełko. W chwili gdy wyjęłam je z miejsca którym się znajdowało, drogę zastąpiła mi osoba, którą dobrze znałam. Dakota.
- Wracaj stamtąd skąd przyszłaś i pod żadnym warunkiem nie otwieraj pudełka! Oddaj mi je…
- A co jeśli nie?
-Daj mi je! – schłodziła mnie spojrzeniem, którego wcześniej używała lecz tym razem nic nie zdziałało. Nęciła mnie zawartość pudełka. Delikatnie uniosłam wieko.
- To tylko kawałek drewna.
- Nie wiesz co w nim jest!
- Co z tego? – pogłaskałam pudło po krawędzi
- Nie rób tego! – wyciągnęła to mnie zabliźnioną rękę. Tym bardziej ciągnęło mnie to w kierunku otworzenia drewnianego pudełka. Zechciałam rozwiązać jego tajemnicę. Szybkim ruchem zdjęłam pokrywkę. Nagle poczułam palący ból w ręce, która nadal kurczowo trzymała pudełko. Z piekielnym wrzaskiem upuściłam je, a ze środka, niczym z puszki Pandory, wyszły największe okropieństwa i nieszczęścia. Dakota zniknęła. Świat wydawał się być nieodwołalnie zatruty, a z przeklętego pudła wychodziły coraz to nowe potwory i choroby. Las począł płonąć i odciął mi ostateczną drogę odwrotu. Brakło mi powietrza. Czułam, że tracę ostatki sił, które mi zostały i zamiast się unosić, spadam coraz niżej. Rzuciłam mgliste spojrzenie na źródło tego wszystkiego. Zobaczyłam, że w środku coś się rusza, lecz w przeciwieństwie do mitów nie była to bynajmniej nadzieja. Wylazło z niego stworzenie, o nieokreślonym gatunku. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Nachyliło się nade mną, chciwszy najprawdopodobniej mnie dobić. Przyjrzałam mu się. Miał czerwony znak na piersi. Kier.
Obudziłam się wrzeszcząc jak opętana i przerażona swoimi myślami. Jakbym zapomniała jaki wniosek wysnuliśmy wczoraj… Spojrzałam na zegarek. Była szósta rano i pomimo tego, że czas, moja ilość energii i zapał do szkolnej pracy mi na to pozwalał, nie położyłam się. Postanowiłam zejść na dół i posiedzieć trochę w internecie zanim zadzwoni budzik. Podparłam się rękoma, aby wstać, lecz moja prawa ręka nie funkcjonowała zbyt dobrze. Delikatnie ją podniosłam. Cholernie zabolało. Nie przypominam sobie abym się gdzieś uderzyła albo sytuacji kiedy mogłabym ją skręcić czy złamać. Możliwe, że uderzyłam się w czasie snu. Łapiąc lewą ręką prawy nadgarstek dźwignęłam się z łóżka używając tylko mięśni brzucha. Zeszłam powoli po schodach, unikając sytuacji w których musiałabym używać rąk. Zwaliłam się na kanapę delikatnie układając prawą rękę w dogodnej pozycji. Z komputera nici, a więc sięgnęłam lewą ręką po pilot od telewizora. Przeleciałam po kanałach i nie znalazłszy niczego interesującego zostawiłam na byle jakim kanale. Odwróciłam wzrok od telewizora i pogrążyłam się w myślach. Wróciłam do dzisiejszego snu Jak widać moja wyobraźnia wyszła ostro poza granicę zdrowego rozsądku. Może spowodował go ten niepokój spowodowany postawą tej nowej? Pomyślałam, że może rzeczywiście z tą dziewczyną jest coś nie w porządku, ale szybko odrzuciłam te przypuszczenia. Spokojną ciszę zmącił odgłos stąpania po schodach. Początkowo przestraszyłam się, mając przed oczami swój koszmar, ale wszystko powróciło do normalności, gdy zza ściany wyszła Miriam trzymając w ręce pluszowego królika i przecierając zapłakane oczy.
- Co się stało, siostrzyczko?
Miriam chlipnęła, przetarła nos i oczy, po czym wydukała:
-Miałam… zły… sen.
Spojrzałam na nią. Tak, doskonale wiedziałam co czuła. Chciałam wstać i przytulić ją, ale prawa ręka dała mi się we znaki. Położyłam się więc z powrotem i powiedziałam zrezygnowana:
- Choć, coś ci opowiem – Miriam podeszła i przycupnęła na kanapie. Auć! Siadając zmieniła położenie mojej ręki, co poskutkowało mocnym bólem w okolicy nadgarstka. Syknęłam i ująwszy lewą ręką swoją prawą delikatnie ją przesunęłam. Moja siostra wpatrywała się we mnie zaniepokojonymi oczyma. Aby ją uspokoić zaczęłam opowiadać jej różne, zabawne historie, które znałam z bajek lub własnych przeżyć. Nawet nie zauważyłyśmy jak szybko zleciał czas. Potem powtarzała się codzienna poranna robota. Z wyjątkiem zabandażowania mojej prawej ręki, która widać wcale nie miała zamiaru przestać boleć. Po szkole będziemy musieli pojechać do szpitala i zrobić prześwietlenie ręki.
Wpadłam spóźniona do klasy, gdyż był korek przy wyjeździe z Beverly Hills. Zajęłam miejsce obok Victorii i pośpiesznie wyjęłam zeszyt. Nauczycielka, pani Piercey dyktowała listę wycieczek i podręczników na nowy rok szkolny. Zorientowałam się, że nie wzięłam niczego do pisania. Przetrząsnęłam całą torbę, oklepując kieszenie i wysypując wszystko co w niej było. No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak pożyczyć coś do pisania. Okręciłam się na krześle i rzuciłam do osoby siedzącej za mną:
-Hej, masz pożyczyć… - zaczęłam i nie skończyłam. Dziewczyna siedząca za mną utkwiła we mnie wściekły wzrok. Obie dłonie miała kurczowo zaciśnięte na brzegu ławki. Dakota zacisnęła usta w cienką linię. Trwałyśmy tak przez około pięć sekund. Już chciałam odwrócić się i pożyczyć od kogoś innego, lecz ku mojemu zaskoczeniu, Dakota schyliła się i wyciągnęła z torby wieczne pióro. Przyjęłam je z dosyć dziwnym wyrazem twarzy
-Dzięki… - powiedziałam i przyjrzałam się piórowi uważnie. Wydawało się być solidne. Zdjęłam skuwkę i pisałam, delikatnie muskając czarnym tuszem papier zeszytu. Z ciekawości, przeniosłam na chwile wzrok z kartki na klasę. Co dziwne, Tom Desy znów nie zachowywał się normalnie. Nie notował. Siedział skulony, zaciskając ręce w pięści. Odwróciłam wzrok, bo ten widok przypominał mi o bólu ręki. Drugą ręką rysowałam obrazki na okładce zeszytu. Były to głównie migawki z dzisiejszego snu. Narysowałam stworzenie, czarną rzeźbioną szkatułkę i twarz Dakoty przykrytą włosami.
Reszta lekcji zleciała powoli. Miałam wrażenie, jakby za mną był tydzień siedzenia w ławce. Większość swojej uwagi skupiałam na Dakocie. Zauważyłam, że parę chłopaków chciało się do niej przyłączyć, ale jak szybko do niej lgnęli tak szybko odchodzili ze spuszczoną głową. Widocznie miała coś w sobie, co przy bliższym poznaniu odrzucało albo za mocno dawała do zrozumienia, że ich trudy są daremne. Miałam wrażenie, że cały czas w ręku trzymała cienki przedmiot.
Na pewno wprowadzę jeszcze trochę poprawek i rozbuduje, ale na razie to tyle. Jutro zajmę się też poprawkami w rozdziale I, dlatego jak macie jakieś uwagi, to piszcie.
Miłego czytania :P
1/06/2011
Kontynuacja pierwszego rozdziału
Koła samochodu zatrzymały się. Otworzyłam drzwiczki i postawiłam stopy na szkolnym trawniku. Dochodziła dziewiąta. Rzuciłam się biegiem do głównego wejścia i pchnąwszy szklane drzwi weszłam do środka. Od razu rozpoznałam znany hol i wszędzie wiszące plakaty naszej szkolnej drużyny koszykówki. Skierowałam swoje kroki do sali gimnastycznej skąd wydobywał się już głos naszego dyrektora. Naciskałam już klamkę, gdy za mną rozległ się głos:
-Lisa! Jak miło cię widzieć!
Odwróciłam się i jęknęłam rozczarowana, gdyż widziana osoba nie była bynajmniej człowiekiem, którego chciałabym widzieć.
-Connor! – krzyknęłam ze sztucznym uśmiechem – Ciebie też.
- Wyglądasz pięknie, jak zwykle z resztą.
-Dziękuję.
- Pozwól, że otworzę – i sięgnął klamki. Drzwi otworzyły się na oścież. Gdy weszłam do środka rozległo się parę szeptów, chichotów i nawoływań. Dyrektor przerwał na chwilę swój wywód i spojrzał na mnie.
-Królewna, tam z tyłu! Mogłabyś usiąść? I następnym razem masz mi się nie spóźnić – z paru miejsc dobiegł mnie śmiech. Rozglądając się dostrzegłam Victorię i Mike’ a przedzierających się przez tłum dzieciaków by dotrzeć do trzech ostatnich wolnych miejsc obok Chrisa i Debby. Podążyłam w ich stronę. Victoria zauważyła mnie i zamachała żwawo. Przepchałam się przez paru trzecioklasistów, którzy bez większych problemów mi ustępowali. Zdawało mi się, że jeden nawet mnie dotknął… Usiadłam na krześle w chwili, gdy dyrektor zmienił temat i zaczął przedstawiać nowych uczniów.
-Hej Lizz? Jak wakacje? – zagadnęła mnie Vicky stukając delikatnie moje ramię.
- Jak co roku, odwiedziłam babcię w Connecticut. Potem zahaczyliśmy o domek Louisa na Karaibach. Nic ciekawego.
- I nie tęskniłaś na nami? – Chris uśmiechnął się, przeczesując ręką swoje kasztanowe włosy.
-Strasznie. Nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że was widzę. Tak w ogóle to w tym Connecticut…
-Cicho! – uciszyła nas Debby – Przedstawiają nowych uczniów w naszej klasie!
Wsłuchałam się uważnie w głos dyrektora, przy okazji rozglądając się po zebranych.
- Powitajmy nowych uczniów z klasy 2b! Philip Brail… - z piątego rzędu krzeseł podniósł się chudy i pryszczaty brunet. Poprawił swoje okrągłe okulary i ukłonił się, po czym siadł.
- …Tom Desy…- z ławki najbliższej mównicy dyrektora wstał blondyn, uśmiechnął się, wniósł ręce w górę i pomachał do wszystkich uczniów w sali. Zanim wrócił na miejsce, rozejrzał się po sali, wyraźnie szukając czegoś. Pokrążył oczami jeszcze trochę, po czym… jego wzrok padł na mnie. Znów wyszczerzył zęby i mrugnął porozumiewawczo.
-Pozer Desy. – szepnęła Victoria, naśladując akcent dyrektora i obie zachichotałyśmy
-…i Dakota Jensey.
Rozejrzeliśmy się po sali. Nikt nie powstał. Nikt się nie odezwał ani nie poruszył. Dyrektor odchrząknął.
- Dakota Jensey, proszę.
Na samym końcu sali, ktoś siedzący na podłodze w rogu otrząsnął się. Po chwili wstał otrzepując się z kurzu. Była to dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Nie robiła nic, tylko stała. Nie podniosła głowy, jej twarz zasłaniała kurtyna czarnych włosów.
-Dakoto, zechciałabyś pokazać swoje oczy? – zwrócił się do dziewczyny dyrektor.
Dziewczyna powoli wyprostowała głowę i zaszczyciła dyrektora spojrzeniem. Zebranym zaparł dech w piersiach. Ja też nie mogłam się zdobyć na reakcję. Owa Dakota miała wielkie, czysto niebieskie oczy. Takie same Debby rysowała w swoich rysunkach albo ja widziałam w japońskich bajkach. Usta miała podkreślone krwistoczerwoną szminką, co mocno kontrastowało z białością jej skóry. Niestety, cały ten obraz szpeciła głęboka blizna w kształcie X na jej policzku. podobne blizny znajdowały się na jej dłoniach. Pomimo tego w jej postaci było coś pięknego i jednocześnie przerażającego. Nikt, nawet dyrektor nie powiedział ani słowa. Nikt oprócz Toma, który bezczelnie wstał, puścił oko do Dakoty jak wcześniej do mnie i mało tego, zagwizdał z podziwem. Dziewczyna podniosła swoje błękitne oczy i popatrzyła na Toma tak mrożącym spojrzeniem, że chłopak umilkł i nie odezwał się już więcej. Mało tego - nawet mnie od jej wzroku przeszedł dreszcz. Zlustrowałam całą posturę Dakoty. Chodziła zgarbiona. Miała na sobie długą, obcisłą, czarną spódnicę i bluzkę złożoną z wielu warstw. Do tego na nogach nosiła czarne martensy. Włosy były niechlujnie ułożone, a pomimo tego idealnie proste i nie zniszczone przez prostownicę, nadal lśniące. Po chwili dyrektor odzyskał mowę i kontynuował przedstawianie uczniów.
-Psst! – syknęła Debby i pochyliła się ku nam – Widzieliście, jak spojrzała na tego chłopaka?
-I co z tego? – odparowała Victoria – Należało mu się! Wcześniej idiota przystawiał się do Lizz.
-Myślę, że przesadzasz Vicky. – Chris spojrzał na nią karcąco
-Wcale nie. Przecież nic mu nie zrobiła, tylko spojrzała na niego!
-No to spójrz. – wskazał głową na Toma.
Spojrzeliśmy równocześnie na chłopaka. Tak, to na pewno nie był ten sam Tom, co na początku apelu. Siedział zgarbiony i wpatrywał się w podłogę martwym wzrokiem. Nie reagował na szturchanie kolegi, siedzącego obok niego.
-A temu co? – wypaliłam
- Jajco!
-Hmmm… Może jeszcze nigdy nie dostał kosza, w co szczerze wątpię…
-Hej! Nie żartujcie sobie! Z tą dziewczyną jest coś nie tak! – Debby wydawała się być przestraszona – Widzieliście jej bliznę?
-Może miała wypadek? – zasugerowałam – Nie wpadaj w panikę. Po prostu taka jest i ma taki styl bycia.
Do końca apelu nie odezwaliśmy się więcej. Każdy pogrążony był w swoich myślach. Co jakiś czas zerkałam na Toma. Siedział cały czas tak jak wcześniej. Jego kolega był wyraźnie zdenerwowany. Dyrektor wygłosił jeszcze parę słów na temat organizacji roku szkolnego, po czym pożegnał uczniów i zszedł z mównicy. Dzieciaki zaczęły pchać się grupą do drzwi. Jedynie Dakota pozostała w swoim kącie. Co jakiś czas rozglądała się, czy wszyscy już sobie poszli. Gdy w końcu tłum pozwolił mi przejść przez drzwi sali, jakaś kobieta poprosiła ją, żeby wyszła. Nie odniosło to skutku, ale owa kobieta dała spokój i odeszła powolnym krokiem. Stanęłam w holu, gdzie czekali na mnie Debby, Victoria i chłopaki.
-Mówiłam, że z tą dziewczyną jest wszystko w porządku. Patrzcie. – zwróciliśmy głowy w drugą stronę, gdzie Tom flirtował z trzecioklasistką najwyraźniej bezskutecznie. Po chwili zrozumiał, że nic z tego, z nonszalancją okręcił się i wszedł ze szkoły.
-Musimy iść – rzuciła Debby na odchodne i skinęła na Chrisa – Nasza mama czeka. Do zobaczenia.
Zabawne, pomimo faktu, że byli bliźniakami, wyglądali zupełnie różnie.
-Dobra, to ja też pójdę, za pięć minut bus mi odjeżdża. Cześć!
-Poczekaj, idę z tobą! – krzyknęła Wiktoria
- To pa! – pomachałam jej.
Zostałam sama w szkolnym holu. Wszyscy, nawet nauczyciele i dyrekcja rozjechali się do domu. Wokół mnie nie było nikogo ani niczego prócz ciszy. Nagle usłyszałam odgłos kroków. Ich głośność wzrastała z każdą sekundą. Postanowiłam schować się za kolumną, tak na wszelki wypadek. Drzwi otworzyły się od strony sali gimnastycznej. Od razu rozpoznałam czarne buty. Dakota rozejrzała się po holu. Po chwili wyjęła z kieszeni czarne pudełko. Otworzyła je i nerwowo zaczęła je przeszukiwać. Zamknęła, znów rozejrzała się, czy nikt jej nie obserwował. Wstała i trzymając pudełko pod pachą, wyszła ze szkoły.
Miłego czytania ;P
1/04/2011
Połowa I rozdziału i prolog
- Te karty nigdy nie popełniają błędu. Nigdy się nie mylą. Są jak fatum – przepowiadają nieubłagalny los. Jesteś pewna, że chcesz przejść dalej?
Dziewczyna zawahała się. Gdzieś w ciemności pobłyskiwały pożółkłe zęby, odsłonięte w dziwnym grymasie, przypominającym uśmiech. „Może poczuć się urażona…” pomyślała i odpowiedziała z udawaną powagą:
- Tak. Chcę. – nie bardzo wierzyła w karciane sztuczki. Uważała to za jakieś stare, iluzjonistyczne dyrdymały.
- Dobrze, więc zagrajmy w grę. Weź trzy karty. – usłuchała się – Daj mi je! – wróżbitka wyrwała karty dziewczynie - Co chcesz wiedzieć?
-Czy z tego coś będzie?
Przekręciła dziwacznie w rękach karty, przyjrzała się im dokładnie. Uniosła brwi, znów wygięła usta w grymas.
- Ha ha! Z tego nic nie będzie! Ból i cierpienie, oto co jest ci pisane…
Dziewczyna przeraziła się przepowiednią. Kochała go. Nie mogła sobie wyobrazić, że coś miało się nie udać. Jeszcze raz poukładała sobie wszystko w głowie. Nie, to nie możliwe! Była ładna, on ją lubił… Z tego musiało coś wyjść. Uśmiechnęła się szyderczo i powiedziała:
- Kłamiesz! Chcesz mnie nastraszyć! Ja już się poznałam na twoich sztuczkach!
Wróżbitka odpowiedziała jej tym samym uśmiechem,
-Musisz coś o mnie wiedzieć. Nigdy nie kłamię. Nigdy nie żartuję. Jestem do bólu szczera. Spójrz. – i okręciła ku niej karty.
Piątka pik. Król kier. Dziesiątka trefl.
- Te karty nie wyglądają tak źle jak mówisz. Wiesz… nie wierzę tobie ani twoim kartom! – uderzyła pięścią o stół.
-Skoro tak to trudno. Żegnaj… na chwilę. Idę nam zrobić herbatę.
- Zaparz mi zieloną.
-Zobaczę, co da się zrobić. – powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem na ustach i zniknęła w drzwiach
` Dziewczyna została w pokoju. Rozejrzała się dookoła. Wszędzie panował mrok. Tylko jedna świeczka, stojąca na stole, paliła się jasnym płomieniem. Nagle śmiertelną ciszę przerwał szept:
-Nie wierzysz nam?
-Kto to?
Świeczka zgasła, po czym przewróciła się i z łoskotem spadła ze stołu
-Nie wierzysz?
- To ty?
- NIE WIERZYSZ?! WIĘC ZGIŃ!
Wtem zerwał się wiatr, porwał jedną kartę z talii, po czym opadła ona na kolana przerażonej dziewczyny. Drżącymi rękami podniosła kartę. Królowa kier była ostatnią rzeczą jaką zobaczyła.
Rozdział I
Nowa
Nadszedł dzień mało oczekiwany przeze mnie i innych gimnazjalistów. 1 września – pierwszy dzień szkoły. Mama obudziła mnie stosunkowo wcześnie. Zbyt wcześnie. Pół przytomna, zeszłam na dół na śniadanie. Zapach tostów kojarzył mi się właśnie ze szkołą, dlatego, gdy go poczułam, zechciało mi się zwymiotować. Wsunęłam szybko tosta. Moja młodsza siostra nuciła pod nosem melodyjkę ze SpongeBoba. Spojrzałam na jej różowy plecak z Barbie. No tak! Ona się w przedszkolu nie musi słuchać długich wykładów na temat kinetyczno-molekularnej budowy materii lub chorobach układu krążenia. Wobec jej rodzice nie mają przerośniętych ambicji, nie musi wychodzić na kujona. Nie! Ona się tylko bawi z przyjaciółkami lalkami i misiami w herbatki, obiadki i inne takie. Najchętniej powiesiłabym na szubienicy człowieka, który jest odpowiedzialny za stworzenie szkoły. Niby po co mi za 10 lat wiedzieć o tym, co robili ludzie 1200 lat temu albo jak nazywają się poszczególne części mowy? Mam wyższe ambicje niż zostanie nauczycielem, fizykiem czy naukowcem. Niestety, dzięki rządowi i pewnemu człowiekowi, który to dziadostwo stworzył, do szkoły trzeba chodzić. Jedyną pociechą jest to, że nie chodzi się tam samemu. Właściwie cieszyłam się, że zobaczę Vicky, Debby i inne osoby z mojej paczki. Skończywszy niezwykle tłuste śniadanie, udałam się do łazienki z zamiarem poskromienia moich nieokrzesanych jak zwykle włosów. Oczywiście nie pomogła ani szczotka, ani odżywka, a nawet mocna pianka do włosów. Zostawiwszy swoje nadal sterczące włosy, sięgnęłam po swoją szczoteczkę do zębów i zaczęłam mocno szorować. I pomyśleć, że już za miesiąc na właśnie tych zębach miał pojawić się aparat. W sumie byłam całkiem ładna, o czym świadczyły spojrzenia chłopców ze starszych klas. Z burzą na głowie i lśniącymi zębami przespacerowałam się znowu do swojego pokoju. Otworzyłam swoją szafę i wbrew temu co sądzą o nastolatkach, wybrałam pierwsze lepsze ciuchy, po czym wrzuciłam je na siebie. Zbiegłszy na dół porwałam z kanapy swój plecak i stanęłam gotowa przy drzwiach. Niedługo potem przyszedł Louis niosący na ramionach moją siostrę.
-To co młoda? Gotowa?
-Mhm.
-Tylko nie jedź zbyt szybko! – mama podeszła i cmoknęła Louisa w policzek.
-Nie ma sprawy – powiedział i po chwili zwrócił się do nas – No dobra, bo się spóźnimy. Wsiadać do samochodu, zaraz przyjdę. – i otworzył nam drzwi.
Wyszłam przed dom. Wciągnęłam nosem letnie powietrze. Niestety, koniec wakacji. Rozejrzałam się dookoła. Liście zaczęły powoli opadać z drzew. Nadchodziła jesień. Z rozmyślań wyrwało mnie mocne uderzenie w udo
-Berek! Kto pierwszy do samochodu! – moja siostra zaczęła biec w kierunku srebrnego BMW, śmiejąc się perliście. Ja nie bardzo miałam ochotę na taką zabawę. Na moje szczęście wybawił mnie z niej Louis.
-No, miałyście wsiąść.
-Już wsiadamy. Miriam! – zawołałam swoją siostrę, która kręciła się na trawniku, udając samolot. Zakręciła jeszcze jedno kółko i z dzikim warkotem wsiadła do samochodu. Usiadłam na przednim siedzeniu i sięgnęłam za swoje plecy po pas. Louis odpalił auto i po chwili czarne opony BM – ki ocierały się z dużą prędkością o czarny asfalt. Przez okno oglądałam Beverly Hills w blasku poranka. Tłumy ludzi spieszyło się do pracy, robiło zakupy lub po prostu spacerowało. Wokół latały tumany kurzu i dymu wzbijane przez coraz to nowe samochody wyjeżdżające na drogi. Lubiłam takie tłoczne miejsca jak Beverly Hills. Niestety – moja szkoła znajdowała się daleko poza miastem. Zazdrościłam Miriam. Chodziła do prestiżowego przedszkola w samym centrum miasta. Nim się spostrzegłam Beverly zostało daleko w tyle, a zza pagórka wysunęła się moja szkoła. Hingston High College to ponoć najdroższa i najlepsza placówka w całym kraju. Położona w pięknej okolicy, mająca najlepsze notowania i ble… ble… ble… Moim zdaniem nie było w niej nic nadzwyczajnego. Nic co by zachwycało.
Subscribe to:
Comments (Atom)