Rozdział III
Cień pyłu
Rano obudziło mnie słońce, przeświecające przez mglistą zasłonkę w centralnym oknie mojego pokoju. Nieodwołalnie zapowiedziało początek trzeciego weekendu w tym roku szkolnym. Od momentu wizyty u doktora Hunckle minął prawie miesiąc i moja ręka powoli odzyskiwała dawną sprawność. Gips ograniczał jej ruchy do minimum, ale po dokładnych badaniach okazało się, że pęknięcie się zrosło. Nazajutrz miałam jechać na jego zdjęcie. Jednak w mojej duszy ostał się pewnego rodzaju niepokój. Wszystko zdawało się być powiązanym ze sobą, ale nie łączyło się w żadną sensowną całość. Przekręciłam się na drugi bok i westchnęłam. Wszędzie te znaki. Nie wiedziałam po co ani dlaczego.
Dzień rozpoczął się stosunkowo normalnie. Jak zwykle zjedliśmy naleśniki, które Louis uwielbiał piec w soboty. Ponoć miał to po swojej matce. Nigdy jej nie widziałam. Z tego, co kiedyś podsłuchałam, nie nas znać i ma żal do swojego syna, że zostawił swoją starą rodzinę na rzecz nas. Ja również nie miałam ochoty zaznajamiać się z nią. To świadczyło o jej nieludzkości.
W tą niezwykle nudną sobotę, postanowiłam umówić się z Victorią na noc. Na moje szczęście nie miała żadnych planów. Zjawiła się u moich drzwi punkt szósta z gigantyczną torbą i zestawem filmów do obejrzenia.
- Hej! – rzuciła odgarniając grzywkę przesłaniającą jej oko, po czym delikatnie odłożyła swoją torbę na podłogę w przedpokoju.
- Cześć! Widzę, że się dokładnie przygotowałaś. – spojrzałam z aprobatą na jej torbę i górę płyt, które przytrzymywała brodą.
-No. Wzięłam parę komedii i fantasy. Coś wybierzemy – uśmiechnęła się.
-Będziesz tak stała na korytarzu czy wejdziesz?
-Ach, tak. Już idę. – zmieszała się, po czym przeszła do obszernego salonu. Położywszy płyty na stole, sięgnęła po pilot. Włożyła pierwszą płytę do DVD i włączyła ją. Był to „Kac Vegas”.
-Może być, zostaw – powiedziałam, będąc w połowie na kanapie w swoim domu i w fantastycznym świecie filmu.
Niestety obejrzałyśmy zaledwie piętnaście minut, ponieważ ni stąd ni zowąd w całym domu zabrakło prądu, ale moje przeczucie co do torby Victorii było słuszne.
- Trudno. Poczekaj zaraz coś wygrzebię… - zanurzyła głowę i rękę w przepastnej torbie – Może karty?
Na to słowo zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w talię umieszczoną w jej dłoni oczami wielkimi jak spodki. Unikałam i bałam się tej gry jak ognia. Jednakże, nie chcąc wyjść na głupią lub dziwną wyszeptałam niemrawe:
- Możemy zagrać… - i pełna niepokoju przyjęłam roztasowane przez nią karty. Była to gra w wojnę. Stosik otrzymany przeze mnie był dosyć spory.
Wbrew moim obawom grałyśmy całkiem normalnie. Bez paranormalnych zbiegów okoliczności, ani latających sztyletów. Wygrywałam. Victorii zostały zaledwie trzy karty. Odważnym ruchem wysunęłyśmy karty.
- Wojna – szepnęła Victoria, co skłoniło mnie do spojrzenia na karty. Moja królowa kier prezentowała się ciekawie na tle czarnej posadzki, lepiej niż królowa pik Victorii. Sięgnęłam po kartę z wierzchu talii, gdy nagle wydarzyła się jedna z rzeczy, których się spodziewałam. Nie zdążyłam zakryć swojej królowej. Wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnego na srogi i wściekły. Po chwili karta uniosła się i zaczęła wirować, jak w morderczym balecie. Nie krzyczałam, ponieważ byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle królowa zatrzymała się wpół obrotu. Nie drgała, nie poruszał nią wiatr. Jak w próżni.
-Byłam pewna, że to się stanie – wymamrotałam niewyraźnie. Victoria nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko zahipnotyzowanym wzrokiem w nieruchomą kartę. Jednak po chwili poczułam zapach popiołu. Był on tak mocny, że aż duszący.
-Pójdę sprawdzić co tak pachnie – ostrzegłam ją, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słucha. Podniosłam się z podłogi i wyszłam na przedpokój skąd pochodził zapach. Za chwilę mocno tego pożałowałam. Wszystkie meble, ściany, zdjęcia pokryte były grubą warstwą kurzu. Jakby tego miejsca nie odwiedzał nikt od wielu lat. Poczułam mocny podmuch wiatru na plecach. Odwróciłam się, by sprawdzić co było jego źródłem. Chciałam od razu zapomnieć to, co zobaczyłam. Otarłam się o postać, która w niczym nie przypominała człowieka. Kościste palce wystawały spod połów żółtawo-białego płaszcza. Wydawała się być stworzona z kurzu, który był obecny wszędzie. Twarz przypominała trupią czaszkę, ale dawała wrażenie ulotnej, jakby zrobionej z dymu, trzymającego zwarte ułożenie. Wiatr poruszył drobinami i na zakurzonej podłodze wyżłobiła się twarz Dakoty. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale dźwięk umilkł zanim wydostał się z mojej piersi. Nagle poczułam, jak jakaś nadludzka siła ciągnie mnie w kierunku miejsca skąd przyszłam. Postacie rozpadły się i wsiąkły razem z pyłem. Królowa kier opadła z gracją na swoje miejsce, a czas znowu zaczął płynąć. Victoria ożywiła się i sięgnęła po swoją kartę.
-Nie – szepnęłam
-Dlaczego?
-Odłóż to.. – powiedziałam głośniej
-O co ci chodzi?
-ODŁÓŻ TO! – wrzasnęłam i pobiegłam na górę, trzaskając salonowymi drzwiami.
Oceńcie sami :). Wiem, że trochę krótkie, ale mogę to rozbudować. Chyba, że tak wam pasuje... Miłego czytania! Rozdział IV za dwa, trzy dni!
Ale czad Xd. Królowej się nudziło, dlatego latała XDD. Ciekawe czemu to wszystko przytrafia się akurat Lizz O.O'. Notka świetna, czekam na next Xd
ReplyDeleteŚwietna notka!
ReplyDeleteZastanawiam się, kim tak naprawdę jest ta cała Dakota...
I co z nią ma wspólnego główna bohaterka
Czekam na nexta!
Świetnie ; D
ReplyDeleteNo to już czekam na dlaszą część.
___________________
Zajżyj też czasem na mojego bloga ; )
http://spisanewyobraznia.blogspot.com/
Super ! http://love-velove.blog.onet.pl/ zapraszam :)
ReplyDeleteWiesz, to jest genialne. Szczególnie podoba mi się twój styl pisania. Zachwyca mnie sposób, w jaki składasz zdania. Owszem, to trochę przeszkadza w rozumieniu treści, ale "chwilo trwaj!"
ReplyDeleteSuper rozdział .. Pozdrawiam !
ReplyDeleteToschinna