Rozdział IV
Cisza
Moje łzy wsiąkały w materiał poduszki. Dłonie zaciśnięte w pięści. Nie płakałam ze strachu ani smutku, lecz bezsilności. Bezsilności, ponieważ mogłam tylko patrzeć na to, co się dzieje. To co wydarzyło się przed chwilą, rozwiało wszelkie wątpliwości – Dakota była w to wmieszana. Szczerze żałowałam, że muszę czekać jeszcze jeden dzień, aby zażądać wyjaśnień. Chciałam jednego, a mianowicie wiedzieć dlaczego mnie to wszystko spotyka. Nie ważne, jak niebezpieczne by to było. Niewiedza przerażała mnie bardziej niż najgorsze, co mogło spotkać. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Victoria nie zaczekała aż odpowiem. Szybkim krokiem weszła do pokoju i przycupnęła obok mnie na łóżku.
-Co ci się stało? – zapytała, najwyraźniej zszokowana moim zachowaniem
-Ja…- urwałam, bo szloch odebrał mi zdolność mówienia.
- Masz jakiś uraz do kart? Świetnie ci szło, a tymczasem uciekłaś przerażona. Czy jest coś, o czym nie wiem?
Postarałam opanować płacz. Nie bardzo wiedziałam, czy wypada mówić jej o dziwnych zdarzeniach z ostatniego miesiąca.
- Ja… Też do końca nie wiem. To dziwne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Może jestem psychicznie chora… - powiedziałam z nieukrywaną nadzieją, że tak w istocie jest.
- Nawet jeśli, powiedz.
- To się zaczęło od momentu, kiedy spotkałam Dakotę. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że spotkałam ją w lesie. Znalazłam jakieś pudełko, ale ona prosiła mnie, żebym go nie otwierała. Ja otworzyłam. Ze środka posypały się powody nieszczęść, rozumiesz, jak z puszki Pandory. Zaczęła mnie boleć ręka. Na końcu wyszło przedziwne stworzenie. Miało kier. Na piersi. Gdy się obudziłam, ręka nadal bolała. Wtedy pojechaliśmy do szpitala na rentgen. Miałam pęknięcie w kości. Tu karo. A dzisiaj jak grałyśmy w karty… Czas stanął w miejscu. Moja karta uniosła się w powietrze. Poczułam zapach popiołu. Chciałam sprawdzić, dlaczego tak pachnie. Przeszłam do przedpokoju. Wszystko było w kurzu. Przy drzwiach stał jakiś upiór. Z kurzu ułożyła się twarz Dakoty. I wtedy czas zaczął płynąć. Wróciłam na swoje miejsce. A ty… - nie wytrzymałam i znów zalałam się łzami. Victoria nie powiedziała nic. Tylko wpatrywała się we mnie wzrokiem z pokroju „WARIATKA”. Rozłożyła dla siebie materac, położyła się na nim i przykryła kocem. Zasnęła.
Następnego dnia nie zeszłam na śniadanie. Victoria nawet nie starała się mnie obudzić. Skłamała mamie, że późno poszłyśmy spać wczoraj i teraz odsypiam. Nabrała się. O 15 poszła jak zwykle do pracy, nadal nie wiedząc o tym, co się wczoraj wydarzyło. W chwili gdy usłyszałam jej charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, Victoria wsunęła się do mojego pokoju. Usiadła na swoim materacu i zwróciła się do mnie:
-Lisa, czy ty sobie jaja robisz? Bo jeśli tak, to to wcale nie jest śmieszne. Mów! Teraz!
- Victoria, powiedziałam ci wszystko co wiem i co widziałam. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć.
-W takim razie… trzeba sprawdzić tą Dakotę.
Tak przegadałyśmy cały dzień, w szczególności zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie to spotyka. Udało mi się zasnąć.
Rano wstałam szybko, nie zamieniwszy ani jednego zdania z mamą czy Louisem. Liczyło się tylko jedno – porozmawiać z Dakotą. Nie uważałam na lekcjach, odgryzałam się nauczycielom. Dostałam F, gdy matematyczka odpytała mnie z lekcji. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że udało mi się. Zobaczyłam ją, stała, ale co było dziwne, nie sama. Była mocno zajęta dyskusją z Eveline. Przecież przez tyle dni była odludkiem. Nie rozmawiała z nikim. W ogóle się nie odzywała, a tym czasem Eveline śmiała się w najlepsze, rozmawiając z nią. Otrząsnęłam się i taktownie przepraszając Eveline zaciągnęłam Dakotę na bok. Ona chyba nie miała zamiaru nawet spojrzeć na mnie, a co dopiero odezwać się.
-Wiem, że to twoja sprawka – zaczęłam stosunkowo chamsko. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwionymi oczyma.
- Nie udawaj, że nic nie wiesz. Kurz w moim domu utworzył twoją twarz… - Dakota poruszyła ręką, w której coś trzymała. Nagle uświadomiłam sobie, jak idiotycznie to brzmiało. Postanowiłam dać jej spokój. Jeśli rzeczywiście nie miała z tym nic wspólnego.
-Nie ważne. Plotę od rzeczy. Do zobaczenia! – rzuciłam wesoło i odeszłam.
...CO?! Przecież miałam ją zapytać o te dziwne zdarzenia ostatniego miesiąca. To miało przynieść ukojenie. Tymczasem dałam jej po prostu odejść… Jaka ze mnie idiotka! Co mnie naszło? Zatrzymałam się w pół kroku i posłałam Dakocie błagalne spojrzenie, lecz ona nie patrzyła w moją stronę.
- I co? Wyjaśniła ci? – Victoria stuknęła mnie w plecy
-Nie.
-Jak to? Miałaś to z niej wydusić… Dlaczego…
-Nie wiem. Po prostu odeszłam.
-Wiesz… Durna jesteś!
-Wiem – odparłam. W moje życie niszczą dziwne wizje, a ja odpuszczam osobie, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Jak mogłam nie wiedzieć?
-Spróbuj jeszcze raz. Przecież…
-Nie podejdę do niej drugi raz! – przerwałam jej – Nie zrobię tego. Może innym razem. Na dziś koniec.
Dobrnęłam do końca lekcji. Wychodząc z budynku szkoły myślałam o tym, co ja sobie myślałam dobrowolnie jej odpuszczając. Zaraz… Może to nie moja wina. Może ten jej ruch ręką przestawił mój mózg na inny tok myślenia. Może ten przedmiot… Ten sam przedmiot, który trzymała podczas rozmów z chłopakami na początku roku… Może on daje jej pewną moc? Dlatego tak szybko od niej odchodzili… Muszę sprawdzić co to za przedmiot. Muszę rozwiązać jego zagadkę.
Hej, fajny rozdział xD
ReplyDeleteCoraz bardzije podoba mi się twój blog...:)
No i nie moge sie doczekać następnego rozdziału twojej książki, bo chce się dowiedzieć, kim tak na prawde jest ta cała Dakota i co ukrywa...
Pozdrawiam! :*