Po końcu lekcji i towarzyskiej rozmowie przy niezwykle odpychającym jedzeniu ze stołówki zmierzałam w kierunku głównego wyjścia. Powstrzymał mnie jednak deszcz kropiący na zewnątrz. Usiadłam więc na ławce obok drzwi i sięgnęłam do torby po swój szkicownik, lecz gdy tylko dotknęłam swoją dłonią szorstką okładkę zeszytu, poczułam czyjś oddech na swoim ramieniu. Okręciłam się, ale gdy spojrzałam za siebie, chciałam wrzasnąć. Po sekundzie powód mojego strachu zniknął. Byłam święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu stała za mną zakapturzona postać. Ubiór był w kolorze żółtawej bieli, a na kieszeni, niczym herb widniał trefl. Przez ten idiotyczny sen zaczynałam miewać przywidzenia… Przymknęłam oczy, podsumowując w myślach wczorajszy dzień. Po chwili zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę. Uspokoiło mnie to, więc otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno, czy nie stoi tam srebrne auto Louisa. Niestety – parking był pusty. Zachmurzone niebo miało kolor dymu, a spadające krople wydawały charakterystyczny dźwięk. Wszystko tworzyło niezwykle osobliwy nastrój, co sprawiało, że czułam się inaczej niż zwykle. W końcu wyjęłam szkicownik i wyciągnęłam pióro… Chwila… Nie oddałam jej pióra! Ujęłam je w dwie ręce i obejrzałam dokładnie. Nie wyglądało na tanie. Dziwiło mnie to, że się nie upomniała. No cóż, Nie oddam jej go teraz. Otworzyłam zeszyt, ale nie zdążyłam nic narysować, ponieważ na zewnątrz rozległ się dźwięk klaksonu. Zerknęłam przez ramię i gdy tylko zobaczyłam błyszczący lakier srebrnego samochodu, poderwałam się z miejsca pociągając za sobą plecak. I to był błąd. Nagle temperatura w ręce trzymającej plecak poczyna wzrastać. Nacisnął na nią krępujący ją bandaż. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, co zdarzyło się w nocy. Ręka zaczęła mnie parzyć. Upuściłam plecak z potwornym wrzaskiem i złapałam się za prawy nadgarstek. Zwróciłam błagalny wzrok w kierunku samochodu. Louis otworzył drzwiczki i wpadł jak burza przez szklane drzwi. Na powitanie nie powiedział nic.
-Pokaż – wyciągnął do mnie rękę. Uniosłam obie ręce i delikatnie ułożyłam prawą na jego dłoni. Nacisnął na tętnicę. Żadnych zmian.
-Boli? – zapytał. Przytaknęłam, ponieważ czułam, że gdybym tylko otworzyła usta, zaczęłabym krzyczeć i jęczeć. Nie chciałam tego.
- Dojdziesz do samochodu? – w odpowiedzi, podniosłam bolącą rękę i wstałam. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. On wziął plecak i podążył za mną. Otworzył mi wpierw drzwi szkoły, potem samochodu. Usadowiłam się wygodnie na swoim miejscu, nie zapinając nawet pasa.
Louis jechał najszybciej jak mógł. Wyprzedzał wszystkie samochody, nie zatrzymywał się na światłach. Za niecałe piętnaście minut byliśmy już w recepcji miejskiego szpitala. Wsłuchiwałam się w swoje płytkie oddechy, starając się nie myśleć o bólu trawiącego prawą rękę. Druga dłoń cały czas kurczowo ją ściskała. Louis nawrzeszczał na recepcjonistkę, ponieważ mówiła, że doktor się spóźni. Ze strzępek jego wypowiedzi usłyszałam o tym, jak można nie poinformować wcześniej o spóźnieniu i że moja ręka to poważna sprawa. Na szczęście tej biednej recepcjonistki, właśnie w tej chwili wszedł doktor Hunckle. Mój ojczym podszedł do niego i zażądał, aby od razu nas przyjął. Hunckle był człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, dlatego wysłuchał prośby Louisa i zaprosił mnie do gabinetu RTG. Odwinął z bandaża moją rękę. Wydałam z siebie krótki jęk. Delikatnie ułożył moją rękę na stole rentgenowskim. Parę sekund później było po wszystkim. Zawiązał mi bandaż z powrotem.
-Dobrze. Pójdziesz do mojego gabinetu. Na końcu korytarza i w lewo. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie wrócę.
Właściwie, Hunckle nie musiał tłumaczyć drogi do jego gabinetu. Według wskazówek doktora, rozsiadłam się na łóżku lekarskim. Od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Tablice dotyczące chorób układu oddechowego wisiały na swoim miejscu, a stary, skórzany fotel stał obok biurka jak zawsze. Na doktora nie musiałam czekać długo. Za minutę stał obok mnie i wyjmował wyniki badania rentgenowskiego. Przyjrzał im się dokładnie.
-Hmmm… - Hunckle zmarszczył brwi – Dziwne. Poczekaj, pójdę po Louisa – i wybiegł z gabinetu. Coś było nie tak. Po sekundzie wrócił wprowadzając do środka zaaferowanego Louisa, który nerwowo zaciskał ręce w pięści. Doktor podszedł do biurka i wziął do ręki zdjęcia rentgenowskie.
- Podejdźcie – wstałam, uważając na rękę. Louis podążył za mną. Rozłożył przed nami zdjęcie i wskazał ręką na ciemny punkt w kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. – Widzicie to? Wygląda jak pęknięcie. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę uraz o takim kształcie! – na te słowa przyjrzałam się rentgenowi. Ciemny znak miał kształt rombu. Nasunęło mi się tylko jedno skojarzenie. Karo.
Prawdopodobnie wprowadzę parę poprawek. Jak macie uwagi to piszcie ;)
Nie chce mi się logować, przepraszam. Wiesz, bardzo mi się podoba. Historia jest przemyślana, bohaterowie ładnie dograni... Trochę przeszkadzają mi obce imiona, ale może to dobrze? To potęguje wrażenie obcości, tak przydatne tutaj. Nie będę komentować i omawiać fabuły, bo po co? Skoro wszystko mi się podoba... Ogółem jest świetnie i pisz dalej, dodaję do ulubionych i będę czytać. Wiesz, było kiedyś opowiadanie też z twojego gatunku. Też dobre, ale autorka zrezygnowała. Szkoda ;/ Tobie życzę powodzenia ;) To też mój interes, bo co ja zrobię jak się wyciszysz?
ReplyDeleteSuper notka! Zresztą, jak zwykle xD
ReplyDeleteMoże napisana z opóźnieniem, ale to nic.
Bardzo mi sie spodobała! Czekam na dalszą część i zapraszam do mnie!
zaczytana-lena.blog.onet.pl
Pozdrawiam i życze weny! :*
Aww i love this <3you are really great i cant wait for more!!!!!
ReplyDeleteŚwietne jak zawsze :)
ReplyDeleteBłagam cię pisz częściej :)
Super książka!! :)
ReplyDelete(jestem z zapytaj.com.pl)
Ika:*
fajne:) mi sie podoba;]
ReplyDeletea jak chcesz opinie zawodowca, to spytaj Iksera o opinie na www.ikser.hpu.pl
Dopiero teraz odkryłam twojego bloga za pośrednictwem zapytaj.com.pl i muszę przyznać że... JEST ŚWIETNY! Proszę, powiadamiaj mnie o notkach. Mój blog: leo-in-sk.blog.onet.pl
ReplyDelete