7/22/2011

Juhuu! Rozdział VII

Ach, moja wena wróciła i udało mi się w stosunkowo krótkim czasie napisać rozdział VII! ;) Nie wiem, czy nie jest za krótki. Piszcie w komentarzach jak wam się podoba! Pozdrawiam!

Rozdział VII
Otępienie. Czułam je przez cały dzień. Nie mogę tego nikomu powiedzieć. Najzwyczajniej mi nie uwierzą. Poza tym, kto wie, może ma tyle zimnej krwi by zabić każdego. Każdego, kto się dowie. Każdego, kto jej przeszkodzi. Sama nie wiem, co o tym myśleć. A co dopiero komuś o tym opowiedzieć…
-Maria zniknęła – te słowa spowodowały dreszcz na moim ciele. Ich smutny ton spotęgował jeszcze moje emocje – Wszyscy są przerażeni. Lizz, myślisz, że to ta nowa? – Victoria patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.
-Nie jestem pewna – wyszeptałam, choć wiedziałam dobrze, że ją oszukuję. Może oszukuję i samą siebie?
-Ty coś wiesz… - Vicky okazała się być sprytniejsza ode mnie – Powiedz, przy tym co się dzieję zniosę wszystko.
-Nic nie ukrywam Vicky! – kłamałam. Kłamałam jej w żywe oczy. – Po prostu się boję. Jak wy wszyscy.
-Chodźmy już. – nie wydawała się być usatysfakcjonowana moją odpowiedzią. Jednakże odpuściła. Powlokłam się za nią do szkolnego wejścia. Wszyscy wokół sprawiali wrażenie to zszokowanych, to podekscytowanych. Wszędzie grzmiało od plotek i podejrzeń. Nikt nie zna prawdy. I prawdopodobnie nikt jej nie pozna.
Dźwięk dzwonka rozdrażnił mnie tylko. Zastanawiałam się czy nie uciec daleko stąd, z dala od tej chorej dziewczyny i jej zbrodni. Odrzuciłam szybko ten pomysł, ponieważ wraz z moim zniknięciem nie znikną problemy tego świata. Oczywiście nie chciałam też ranić mojej matki. Nigdy jej nie zostawię. Nie miałabym serca tego robić. Po chwili wróciłam na ziemię i przeszłam przez dębowe drzwi prowadzące do klasy. Usiadłam, czując że powoli wszystko wraca na swoje miejsce. Szybko zorientowałam się, że było to pomyłką. Poczułam na sobie czyjś wzrok, przewiercający mnie na wylot. Nie musiałam się okręcać, by wiedzieć do kogo należy. Dakota nachyliła się tylko i syknęła.
-Ani słowa. Inaczej poleje się krew.
Nie miałam zamiaru mówić komukolwiek. To było jak potwierdzenie moich myśli. Usłyszałam stukot obcasów na parkiecie. Spojrzałam na panią Piercey. Chwila… Zatrzymała się przy mojej ławce. Miała łzy w oczach.
-Nie myślałam, że powiem to do ciebie, Lisa. Nie w tym momencie. Jesteś wzywana do dyrektora.
Serce mi przyspieszyło. Nie dzisiaj!
-Do dyrektora… Ale za co?!
-Nie dyskutuj. Wstań i idź – nauczycielka podeszła do swojego biurka. Nie było innego wyjścia – wstałam i ruszyłam do wyjścia. Chwilę… O co tu chodzi? Przy wejściu dwaj funkcjonariusze policji złapali mnie za ramiona i powlekli do gabinetu.
-Przepraszam bardzo, ale co tu się dzieje?! – krzyknęłam, próbując się oswobodzić z uścisku barczystych policjantów.
-Jak pójdziesz po dobroci, nic ci się nie stanie. – uciszył mnie jeden z mężczyzn.
- Ja po prostu chcę wiedzieć…
-Cicho bądź!
Zostałam wręcz wniesiona do pokoju dyrektora Rey’a. Posadzono mnie na krześle, a faceci z policji stanęli obok mnie, jakbym miała zamiar pozabijać wszystkich dookoła. Dyrektor Frank Rey siedział na fotelu za swoim biurkiem. Jego wyraz twarzy nie wróżył nic dobrego. Dlaczego teraz?  Miałam ważniejsze rzeczy na głowie.
-Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego po tobie, panno Buckette. – Frank zmarszczył brwi – Nie sprawiałaś problemów do tej pory, więc nie rozumiem dlaczego to zrobiłaś.
-Panie dyrektorze, wybaczy pan, że przerywam, ale wciąż nie mam pojęcia dlaczego tu jestem.
-Nie zgrywaj się, Buckette, mamy świadków. Nie ma innej opcji, jesteś jedyną podejrzaną. Za to, co zrobiłaś, nie ma wystarczającej kary. Oczywiście zostaniesz przebadana przez psychologa, ale do czasu wyjaśnienia tej sprawy, nie mam innego wyjścia, jak zawiesić cię w prawach ucznia. Twoja matka jest już o tym poinformowana. Powinna dotrzeć za parę minut.
-Zawieszona? Psycholog? – miałam mętlik w głowie – Czy ktoś może mi w końcu powiedzieć o co tu chodzi?
- Naprawdę nie wiesz? Naprawdę chcesz brnąć w to, że nie wiesz?
- Tak! – niemal wykrzyczałam. Dyrektor westchnął.
- A więc… Liso Buckette, jesteś podejrzana o zamordowanie Marii Chase.

No comments:

Post a Comment