2/22/2011

Niestety, ostatnio nie miewam weny. Nie potrafię przebrnąć przez rozdział nr 5. Na razie, zostawię listę utworów, którymi się inspiruję. Trochę taki soundtrack ;).

- Bjork - Pneumonia
- Alex Winston - Choice Notes
- Mark Hoppus and Pete Wentz - In Transit
- Fiona Apple - Pale September
- Florence & The Machine - Dog Days Are Over
- Seal - Weight Of My Mistakes (początek)

Jeszcze coś dopisze, ale to potem. ;)

Pozdrawiam

2/15/2011

Rozdział 4

Rozdział IV
Cisza
Moje łzy wsiąkały w materiał poduszki. Dłonie zaciśnięte w pięści. Nie płakałam ze strachu ani smutku, lecz bezsilności. Bezsilności, ponieważ mogłam tylko patrzeć na to, co się dzieje. To co wydarzyło się przed chwilą, rozwiało wszelkie wątpliwości – Dakota była w to wmieszana. Szczerze żałowałam, że muszę czekać jeszcze jeden dzień, aby zażądać wyjaśnień. Chciałam jednego, a mianowicie wiedzieć dlaczego mnie to wszystko spotyka. Nie ważne, jak niebezpieczne by to było. Niewiedza przerażała mnie bardziej niż najgorsze, co mogło spotkać. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Victoria nie zaczekała aż odpowiem. Szybkim krokiem weszła do pokoju i przycupnęła obok mnie na łóżku.
-Co ci się stało? – zapytała, najwyraźniej zszokowana moim zachowaniem
-Ja…- urwałam, bo szloch odebrał mi zdolność mówienia.
- Masz jakiś uraz do kart? Świetnie ci szło, a tymczasem uciekłaś przerażona. Czy jest coś, o czym nie wiem?
Postarałam opanować płacz. Nie bardzo wiedziałam, czy wypada mówić jej o dziwnych zdarzeniach z ostatniego miesiąca.
- Ja… Też do końca nie wiem. To dziwne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Może jestem psychicznie chora… - powiedziałam z nieukrywaną nadzieją, że tak w istocie jest.
- Nawet jeśli, powiedz.
- To się zaczęło od momentu, kiedy spotkałam Dakotę. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że spotkałam ją w lesie. Znalazłam jakieś pudełko, ale ona prosiła mnie, żebym go nie otwierała. Ja otworzyłam. Ze środka posypały się powody nieszczęść, rozumiesz, jak z puszki Pandory.  Zaczęła mnie boleć ręka. Na końcu wyszło przedziwne stworzenie. Miało kier.  Na piersi. Gdy się obudziłam, ręka nadal bolała. Wtedy pojechaliśmy do szpitala na rentgen. Miałam pęknięcie w kości. Tu karo. A dzisiaj jak grałyśmy w karty… Czas stanął w miejscu. Moja karta uniosła się w powietrze. Poczułam zapach popiołu. Chciałam sprawdzić, dlaczego tak pachnie.  Przeszłam do przedpokoju. Wszystko było w kurzu. Przy drzwiach stał jakiś upiór. Z kurzu ułożyła się twarz Dakoty. I wtedy czas zaczął płynąć. Wróciłam na swoje miejsce. A ty… - nie wytrzymałam i znów zalałam się łzami. Victoria nie powiedziała nic. Tylko wpatrywała się we mnie wzrokiem z pokroju „WARIATKA”. Rozłożyła dla siebie materac, położyła się na nim i przykryła kocem. Zasnęła.
                        Następnego dnia nie zeszłam na śniadanie. Victoria nawet nie starała się mnie obudzić. Skłamała mamie, że późno poszłyśmy spać wczoraj i teraz odsypiam. Nabrała się. O 15 poszła jak zwykle do pracy, nadal nie wiedząc o tym, co się wczoraj wydarzyło. W chwili gdy usłyszałam jej charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, Victoria wsunęła się do mojego pokoju. Usiadła na swoim materacu i zwróciła się do mnie:
-Lisa, czy ty sobie jaja robisz? Bo jeśli tak, to to wcale nie jest śmieszne. Mów! Teraz!
- Victoria, powiedziałam ci wszystko co wiem i co widziałam. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć.
-W takim razie… trzeba sprawdzić tą Dakotę.
Tak przegadałyśmy cały dzień, w szczególności zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie to spotyka. Udało mi się zasnąć.
                        Rano wstałam szybko, nie zamieniwszy ani jednego zdania z mamą czy Louisem. Liczyło się tylko jedno – porozmawiać z Dakotą. Nie uważałam na lekcjach, odgryzałam się nauczycielom. Dostałam F, gdy matematyczka odpytała mnie z lekcji. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że udało mi się. Zobaczyłam ją, stała, ale co było dziwne, nie sama. Była mocno zajęta dyskusją z Eveline. Przecież przez tyle dni była odludkiem. Nie rozmawiała z nikim. W ogóle się nie odzywała, a tym czasem Eveline śmiała się w najlepsze, rozmawiając z nią. Otrząsnęłam się i taktownie przepraszając Eveline zaciągnęłam Dakotę na bok. Ona chyba nie miała zamiaru nawet spojrzeć na mnie, a co dopiero odezwać się.
-Wiem, że to twoja sprawka – zaczęłam stosunkowo chamsko. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwionymi oczyma.
- Nie udawaj, że nic nie wiesz. Kurz w moim domu utworzył twoją twarz… - Dakota poruszyła ręką, w której coś trzymała. Nagle uświadomiłam sobie, jak idiotycznie to brzmiało. Postanowiłam dać jej spokój. Jeśli rzeczywiście nie miała z tym nic wspólnego.
-Nie ważne. Plotę od rzeczy. Do zobaczenia! – rzuciłam wesoło i odeszłam.
...CO?! Przecież miałam ją zapytać o te dziwne zdarzenia ostatniego miesiąca. To miało przynieść ukojenie. Tymczasem dałam jej po prostu odejść… Jaka ze mnie idiotka! Co mnie naszło? Zatrzymałam się w pół kroku i posłałam Dakocie błagalne spojrzenie, lecz ona nie patrzyła w moją stronę.
- I co? Wyjaśniła ci? – Victoria stuknęła mnie w plecy
-Nie.
-Jak to? Miałaś to z niej wydusić… Dlaczego…
-Nie wiem. Po prostu odeszłam.
-Wiesz… Durna jesteś!
-Wiem – odparłam. W moje życie niszczą dziwne wizje, a ja odpuszczam osobie, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Jak mogłam nie wiedzieć?
-Spróbuj jeszcze raz. Przecież…
-Nie podejdę do niej drugi raz! – przerwałam jej – Nie zrobię tego. Może innym razem. Na dziś koniec.
                        Dobrnęłam do końca lekcji. Wychodząc z budynku szkoły myślałam o tym, co ja sobie myślałam dobrowolnie jej odpuszczając. Zaraz… Może to nie moja wina. Może ten jej ruch ręką przestawił mój mózg na inny tok myślenia. Może ten przedmiot… Ten sam przedmiot, który trzymała podczas rozmów z chłopakami na początku roku… Może on daje jej pewną moc? Dlatego tak szybko od niej odchodzili… Muszę sprawdzić co to za przedmiot. Muszę rozwiązać jego zagadkę.

2/12/2011

Rozdział 3

Rozdział III
Cień pyłu
Rano obudziło mnie słońce, przeświecające przez mglistą zasłonkę w centralnym oknie mojego pokoju. Nieodwołalnie zapowiedziało początek trzeciego weekendu w tym roku szkolnym. Od momentu wizyty u doktora Hunckle minął prawie miesiąc i moja ręka powoli odzyskiwała dawną sprawność. Gips ograniczał jej ruchy do minimum, ale po dokładnych badaniach okazało się, że pęknięcie się zrosło. Nazajutrz miałam jechać na jego zdjęcie. Jednak w mojej duszy ostał się pewnego rodzaju niepokój. Wszystko zdawało się być powiązanym ze sobą, ale nie łączyło się w żadną sensowną całość. Przekręciłam się na drugi bok i westchnęłam. Wszędzie te znaki. Nie wiedziałam po co ani dlaczego.
                        Dzień rozpoczął się stosunkowo normalnie. Jak zwykle zjedliśmy naleśniki, które Louis uwielbiał piec w soboty. Ponoć miał to po swojej matce. Nigdy jej nie widziałam. Z tego, co kiedyś podsłuchałam, nie nas znać i ma żal do swojego syna, że zostawił swoją starą rodzinę na rzecz nas. Ja również nie miałam ochoty zaznajamiać się z nią. To świadczyło o jej nieludzkości.
                        W tą niezwykle nudną sobotę, postanowiłam umówić się z Victorią na noc. Na moje szczęście nie miała żadnych planów. Zjawiła się u moich drzwi punkt szósta z gigantyczną torbą i zestawem filmów do obejrzenia.
- Hej! – rzuciła odgarniając grzywkę przesłaniającą jej oko, po czym delikatnie odłożyła swoją torbę na podłogę w przedpokoju.
- Cześć! Widzę, że się dokładnie przygotowałaś. – spojrzałam z aprobatą na jej torbę i górę płyt, które przytrzymywała brodą.
-No. Wzięłam parę komedii i fantasy. Coś wybierzemy – uśmiechnęła się.
-Będziesz tak stała na korytarzu czy wejdziesz?
-Ach, tak. Już idę. – zmieszała się, po czym przeszła do obszernego salonu. Położywszy płyty na stole, sięgnęła po pilot. Włożyła pierwszą płytę do DVD i włączyła ją. Był to „Kac Vegas”.
-Może być, zostaw – powiedziałam, będąc w połowie na kanapie w swoim domu i w fantastycznym świecie filmu.
Niestety obejrzałyśmy zaledwie piętnaście minut, ponieważ ni stąd ni zowąd w całym domu zabrakło prądu, ale moje przeczucie co do torby Victorii było słuszne.
- Trudno. Poczekaj zaraz coś wygrzebię… - zanurzyła głowę i rękę w przepastnej torbie – Może karty?
                        Na to słowo zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w talię umieszczoną w jej dłoni oczami wielkimi jak spodki. Unikałam i bałam się tej gry jak ognia. Jednakże, nie chcąc wyjść na głupią lub dziwną wyszeptałam niemrawe:
- Możemy zagrać… - i pełna niepokoju przyjęłam roztasowane przez nią karty. Była to gra w wojnę. Stosik otrzymany przeze mnie był dosyć spory.
                        Wbrew moim obawom grałyśmy całkiem normalnie. Bez paranormalnych zbiegów okoliczności, ani latających sztyletów. Wygrywałam. Victorii zostały zaledwie trzy karty. Odważnym ruchem wysunęłyśmy karty.
- Wojna – szepnęła Victoria, co skłoniło mnie do spojrzenia na karty. Moja królowa kier prezentowała się ciekawie na tle czarnej posadzki, lepiej niż królowa pik Victorii. Sięgnęłam po kartę z wierzchu talii, gdy nagle wydarzyła się jedna z rzeczy, których się spodziewałam. Nie zdążyłam zakryć swojej królowej. Wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnego na srogi i wściekły. Po chwili karta uniosła się i zaczęła wirować, jak w morderczym balecie. Nie krzyczałam, ponieważ byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle królowa zatrzymała się wpół obrotu. Nie drgała, nie poruszał nią wiatr. Jak w próżni.
-Byłam pewna, że to się stanie – wymamrotałam niewyraźnie. Victoria nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko zahipnotyzowanym wzrokiem w nieruchomą kartę. Jednak po chwili poczułam zapach popiołu. Był on tak mocny, że aż duszący.
-Pójdę sprawdzić co tak pachnie – ostrzegłam ją, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słucha. Podniosłam się z podłogi i wyszłam na przedpokój skąd pochodził zapach. Za chwilę mocno tego pożałowałam. Wszystkie meble, ściany, zdjęcia pokryte były grubą warstwą kurzu. Jakby tego miejsca nie odwiedzał nikt od wielu lat. Poczułam mocny podmuch wiatru na plecach. Odwróciłam się, by sprawdzić co było jego źródłem. Chciałam od razu zapomnieć to, co zobaczyłam. Otarłam się o postać, która w niczym nie przypominała człowieka. Kościste palce wystawały spod połów żółtawo-białego płaszcza. Wydawała się być stworzona z kurzu, który był obecny wszędzie. Twarz przypominała trupią czaszkę, ale dawała wrażenie ulotnej, jakby zrobionej z dymu, trzymającego zwarte ułożenie. Wiatr poruszył drobinami i na zakurzonej podłodze wyżłobiła się twarz Dakoty. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale dźwięk umilkł zanim wydostał się z mojej piersi. Nagle poczułam, jak jakaś nadludzka siła ciągnie mnie w kierunku miejsca skąd przyszłam. Postacie rozpadły się i wsiąkły razem z pyłem. Królowa kier opadła z gracją na swoje miejsce, a czas znowu zaczął płynąć. Victoria ożywiła się i sięgnęła po swoją kartę.
-Nie – szepnęłam
-Dlaczego?
-Odłóż to.. – powiedziałam głośniej
-O co ci chodzi?
-ODŁÓŻ TO! – wrzasnęłam i pobiegłam na górę, trzaskając salonowymi drzwiami.

Oceńcie sami :). Wiem, że trochę krótkie, ale mogę to rozbudować. Chyba, że tak wam pasuje... Miłego czytania! Rozdział IV za dwa, trzy dni!

2/10/2011

Przepraszam!!!!

Muszę się Wam do czegoś przyznać... Od paru dni nawet nie otworzyłam pliku ze swoją książką! Bardzo przepraszam, w końcu od ostatniego posta minął szmat czasu... Nie miałam weny, czasu ani pomysłu na to, o czym napisać w rozdziale nr III, ale wczoraj doznałam olśnienia i od dnia dzisiejszego zabieram się za pisanie. Mam nadzieję, że morski klimat nie wpłynie negatywnie na moje pisanie... ;)

1/25/2011

Druga połowa II rozdziału!!! JUŻ JEST! ;)

Po końcu lekcji i towarzyskiej rozmowie przy niezwykle odpychającym jedzeniu ze stołówki zmierzałam w kierunku głównego wyjścia. Powstrzymał mnie jednak deszcz kropiący na zewnątrz. Usiadłam więc na ławce obok drzwi i sięgnęłam do torby po swój szkicownik, lecz gdy tylko dotknęłam  swoją dłonią szorstką okładkę zeszytu, poczułam czyjś oddech na swoim ramieniu. Okręciłam się, ale gdy spojrzałam za siebie, chciałam wrzasnąć. Po sekundzie powód mojego strachu zniknął. Byłam święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu stała za mną zakapturzona postać. Ubiór był w kolorze żółtawej bieli, a na kieszeni, niczym herb widniał trefl. Przez ten idiotyczny sen zaczynałam miewać przywidzenia… Przymknęłam oczy, podsumowując w myślach wczorajszy dzień. Po chwili zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę. Uspokoiło mnie to, więc otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno, czy nie stoi tam srebrne auto Louisa. Niestety – parking był pusty. Zachmurzone niebo miało kolor dymu, a spadające krople wydawały charakterystyczny dźwięk. Wszystko tworzyło niezwykle osobliwy nastrój, co sprawiało, że czułam się inaczej niż zwykle. W końcu wyjęłam szkicownik i wyciągnęłam pióro… Chwila… Nie oddałam jej pióra! Ujęłam je w dwie ręce i obejrzałam dokładnie. Nie wyglądało na tanie. Dziwiło mnie to, że się nie upomniała. No cóż, Nie oddam jej go teraz. Otworzyłam zeszyt, ale nie zdążyłam nic narysować, ponieważ na zewnątrz rozległ się dźwięk klaksonu. Zerknęłam przez ramię i gdy tylko zobaczyłam błyszczący lakier srebrnego samochodu, poderwałam się z miejsca pociągając za sobą plecak. I to był błąd. Nagle temperatura w ręce trzymającej plecak poczyna wzrastać. Nacisnął na nią krępujący ją bandaż. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, co zdarzyło się w nocy. Ręka zaczęła mnie parzyć. Upuściłam plecak z potwornym wrzaskiem i złapałam się za prawy nadgarstek. Zwróciłam błagalny wzrok w kierunku samochodu. Louis otworzył drzwiczki i wpadł jak burza przez szklane drzwi. Na powitanie nie powiedział nic.
-Pokaż – wyciągnął do mnie rękę. Uniosłam obie ręce i delikatnie ułożyłam prawą na jego dłoni. Nacisnął na tętnicę. Żadnych zmian.
-Boli? – zapytał. Przytaknęłam, ponieważ czułam, że gdybym tylko otworzyła usta, zaczęłabym krzyczeć i jęczeć. Nie chciałam tego.
- Dojdziesz do samochodu? – w odpowiedzi, podniosłam bolącą rękę i wstałam. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. On wziął plecak i podążył za mną. Otworzył mi wpierw drzwi szkoły, potem samochodu. Usadowiłam się wygodnie na swoim miejscu, nie zapinając nawet pasa.
                        Louis jechał najszybciej jak mógł. Wyprzedzał wszystkie samochody, nie zatrzymywał się na światłach. Za niecałe piętnaście minut byliśmy już w recepcji miejskiego szpitala. Wsłuchiwałam się w swoje płytkie oddechy, starając się nie myśleć o bólu trawiącego prawą rękę. Druga dłoń cały czas kurczowo ją ściskała. Louis nawrzeszczał na recepcjonistkę, ponieważ mówiła, że doktor się spóźni. Ze strzępek jego wypowiedzi usłyszałam o tym, jak można nie poinformować wcześniej o spóźnieniu i że moja ręka to poważna sprawa. Na szczęście tej biednej recepcjonistki, właśnie w tej chwili wszedł doktor Hunckle. Mój ojczym podszedł do niego i zażądał, aby od razu nas przyjął. Hunckle był człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, dlatego wysłuchał prośby Louisa i zaprosił mnie do gabinetu RTG. Odwinął z bandaża moją rękę. Wydałam z siebie krótki jęk. Delikatnie ułożył moją rękę na stole rentgenowskim. Parę sekund później było po wszystkim. Zawiązał mi bandaż z powrotem.
-Dobrze. Pójdziesz do mojego gabinetu. Na końcu korytarza i w lewo. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie wrócę.
Właściwie, Hunckle nie musiał tłumaczyć drogi do jego gabinetu. Według wskazówek doktora, rozsiadłam się na łóżku lekarskim. Od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Tablice dotyczące chorób układu oddechowego wisiały na swoim miejscu, a stary, skórzany fotel stał obok biurka jak zawsze. Na doktora nie musiałam czekać długo. Za minutę stał obok mnie i wyjmował wyniki badania rentgenowskiego. Przyjrzał im się dokładnie.
-Hmmm… - Hunckle zmarszczył brwi – Dziwne. Poczekaj, pójdę po Louisa – i wybiegł z gabinetu. Coś było nie tak. Po sekundzie wrócił wprowadzając do środka zaaferowanego Louisa, który nerwowo zaciskał ręce w pięści. Doktor podszedł do biurka i wziął do ręki zdjęcia rentgenowskie.
- Podejdźcie – wstałam, uważając na rękę. Louis podążył za mną. Rozłożył przed nami zdjęcie i wskazał ręką na ciemny punkt w kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. – Widzicie to? Wygląda jak pęknięcie. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę uraz o takim kształcie! – na te słowa przyjrzałam się rentgenowi. Ciemny znak miał kształt rombu. Nasunęło mi się tylko jedno skojarzenie. Karo.

Prawdopodobnie wprowadzę parę poprawek. Jak macie uwagi to piszcie ;)

1/20/2011

Kontynuacja 2 rozdziału już jutro!!!

Słuchajcie, jutro będzie można przeczytać końcówkę, a raczej połowę 2 rozdziału. Przepraszam za opóźnienia, wynikły one z braku czasu i dostępu do komputera. Pozdrawiam.

1/14/2011

3/4 rozdziału II

Rozdział II
Pytania bez odpowiedzi
Wiatr rozwiewa mi włosy. Biegnę przez las nie zważając ani na rozwiązane sznurówki trampek, ani na wszechobecny mrok i chłód. Co jakiś czas potykam się o wystające korzenie i upadam, czując pod sobą wilgoć porannej rosy. Nie obchodzi mnie to. Ilekroć upadam zawszę się podnoszę, bo wiem o tym, że do celu dojść muszę. Jest on coraz bliżej. Parę ptaków zniżyło swój lot zapowiadając deszcz. Nawet deszcz nie może mnie powstrzymać. Moje buty przemokły już całkiem. Zaczyna brakować mi sił, ale wierzę, że mi się uda. I udało. Dotarłam do granicy świata, gdzieś, gdzie zlewają się dwa wymiary. Jedyne co stało na mojej drodze, był to ścięty pień drzewa. Wystarczyło go przeskoczyć i wygrałam. Dotknęłam kory i już chciałam się podciągnąć aby zwyciężyć, lecz  w otworze pnia zauważyłam przedmiot. Zgubiła mnie ludzka ciekawość. Byłam tak blisko tryumfu. Wyciągnęłam stamtąd czarne pudełko. W chwili gdy wyjęłam je z miejsca którym się znajdowało, drogę zastąpiła mi osoba, którą dobrze znałam. Dakota.
- Wracaj stamtąd skąd przyszłaś i pod żadnym warunkiem nie otwieraj pudełka! Oddaj mi je…
- A co jeśli nie?
-Daj mi je! – schłodziła mnie spojrzeniem, którego wcześniej używała lecz tym razem nic nie zdziałało. Nęciła mnie zawartość pudełka. Delikatnie uniosłam wieko.
- To tylko kawałek drewna.
- Nie wiesz co w nim jest!
- Co z tego? – pogłaskałam pudło po krawędzi
- Nie rób tego! – wyciągnęła to mnie zabliźnioną rękę. Tym bardziej ciągnęło mnie to w kierunku otworzenia drewnianego pudełka. Zechciałam rozwiązać jego tajemnicę. Szybkim ruchem zdjęłam pokrywkę. Nagle poczułam palący ból w ręce, która nadal kurczowo trzymała pudełko. Z piekielnym wrzaskiem upuściłam je, a ze środka, niczym z puszki Pandory, wyszły największe okropieństwa i nieszczęścia. Dakota zniknęła. Świat wydawał się być nieodwołalnie zatruty, a z przeklętego pudła wychodziły coraz to nowe potwory i choroby. Las począł płonąć i odciął mi ostateczną drogę odwrotu. Brakło mi powietrza. Czułam, że tracę ostatki sił, które mi zostały i zamiast się unosić, spadam coraz niżej. Rzuciłam mgliste spojrzenie na źródło tego wszystkiego. Zobaczyłam, że w środku coś się rusza, lecz w przeciwieństwie do mitów nie była to bynajmniej nadzieja. Wylazło z niego stworzenie, o nieokreślonym gatunku. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Nachyliło się nade mną, chciwszy najprawdopodobniej mnie dobić. Przyjrzałam mu się. Miał czerwony znak na piersi. Kier.
Obudziłam się wrzeszcząc jak opętana i przerażona swoimi myślami. Jakbym zapomniała jaki wniosek wysnuliśmy wczoraj… Spojrzałam na zegarek. Była szósta rano i pomimo tego, że czas, moja ilość energii i zapał do szkolnej pracy mi na to pozwalał, nie położyłam się. Postanowiłam zejść na dół i posiedzieć trochę w internecie zanim zadzwoni budzik. Podparłam się rękoma, aby wstać, lecz moja prawa ręka nie funkcjonowała zbyt dobrze. Delikatnie ją podniosłam. Cholernie zabolało. Nie przypominam sobie abym się gdzieś uderzyła albo sytuacji kiedy mogłabym ją skręcić czy złamać. Możliwe, że uderzyłam się w czasie snu. Łapiąc lewą ręką prawy nadgarstek dźwignęłam się z łóżka używając tylko mięśni brzucha. Zeszłam powoli po schodach, unikając sytuacji w których musiałabym używać rąk. Zwaliłam się na kanapę delikatnie układając prawą rękę w dogodnej pozycji. Z komputera nici, a więc sięgnęłam lewą ręką po pilot od telewizora. Przeleciałam po kanałach i nie znalazłszy niczego interesującego zostawiłam na byle jakim kanale. Odwróciłam wzrok od telewizora i pogrążyłam się w myślach. Wróciłam do dzisiejszego snu Jak widać moja wyobraźnia wyszła ostro poza granicę zdrowego rozsądku. Może spowodował go ten niepokój spowodowany postawą tej nowej? Pomyślałam, że może rzeczywiście z tą dziewczyną jest coś nie w porządku, ale szybko odrzuciłam te przypuszczenia. Spokojną ciszę zmącił odgłos stąpania po schodach. Początkowo przestraszyłam się, mając przed oczami swój koszmar, ale wszystko powróciło do normalności, gdy zza ściany wyszła Miriam trzymając w ręce pluszowego królika i przecierając zapłakane oczy.
- Co się stało, siostrzyczko?
Miriam chlipnęła, przetarła nos i oczy, po czym wydukała:
-Miałam… zły… sen.
Spojrzałam na nią. Tak, doskonale wiedziałam co czuła. Chciałam wstać i przytulić ją, ale prawa ręka dała mi się we znaki. Położyłam się więc z powrotem i powiedziałam zrezygnowana:
- Choć, coś ci opowiem – Miriam podeszła i przycupnęła na kanapie. Auć! Siadając zmieniła położenie mojej ręki, co poskutkowało mocnym bólem w okolicy nadgarstka. Syknęłam i ująwszy lewą ręką swoją prawą delikatnie ją przesunęłam. Moja siostra wpatrywała się we mnie zaniepokojonymi oczyma. Aby ją uspokoić zaczęłam opowiadać jej różne, zabawne historie, które znałam z bajek lub własnych przeżyć. Nawet nie zauważyłyśmy jak szybko zleciał czas. Potem powtarzała się codzienna poranna robota. Z wyjątkiem zabandażowania mojej prawej ręki, która widać wcale nie miała zamiaru przestać boleć. Po szkole będziemy musieli pojechać do szpitala i zrobić prześwietlenie ręki.
                        Wpadłam spóźniona do klasy, gdyż był korek przy wyjeździe z Beverly Hills. Zajęłam miejsce obok Victorii i pośpiesznie wyjęłam zeszyt. Nauczycielka, pani Piercey dyktowała listę wycieczek i podręczników na nowy rok szkolny. Zorientowałam się, że nie wzięłam niczego do pisania. Przetrząsnęłam całą torbę, oklepując kieszenie i wysypując wszystko co w niej było. No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak pożyczyć coś do pisania. Okręciłam się na krześle i rzuciłam do osoby siedzącej za mną:
-Hej, masz pożyczyć… - zaczęłam i nie skończyłam. Dziewczyna siedząca za mną utkwiła we mnie wściekły wzrok. Obie dłonie miała kurczowo zaciśnięte na brzegu ławki. Dakota zacisnęła usta w cienką linię. Trwałyśmy tak przez około pięć sekund. Już chciałam odwrócić się i pożyczyć od kogoś innego, lecz ku mojemu zaskoczeniu, Dakota schyliła się i wyciągnęła z torby wieczne pióro. Przyjęłam je z dosyć dziwnym wyrazem twarzy
-Dzięki… - powiedziałam i przyjrzałam się piórowi uważnie. Wydawało się być solidne. Zdjęłam skuwkę i pisałam, delikatnie muskając czarnym tuszem papier zeszytu. Z ciekawości, przeniosłam na chwile wzrok z kartki na klasę. Co dziwne, Tom Desy znów nie zachowywał się normalnie. Nie notował. Siedział skulony, zaciskając ręce w pięści. Odwróciłam wzrok, bo ten widok przypominał mi o bólu ręki. Drugą ręką rysowałam obrazki na okładce zeszytu. Były to głównie migawki z dzisiejszego snu. Narysowałam stworzenie, czarną rzeźbioną szkatułkę i twarz Dakoty przykrytą włosami.
                        Reszta lekcji zleciała powoli. Miałam wrażenie, jakby za mną był tydzień siedzenia w ławce. Większość swojej uwagi skupiałam na Dakocie. Zauważyłam, że parę chłopaków chciało się do niej przyłączyć, ale jak szybko do niej lgnęli tak szybko odchodzili ze spuszczoną głową. Widocznie miała coś w sobie, co przy bliższym poznaniu odrzucało albo za mocno dawała do zrozumienia, że ich trudy są daremne. Miałam wrażenie, że cały czas w ręku trzymała cienki przedmiot. 

Na pewno wprowadzę jeszcze trochę poprawek i rozbuduje, ale na razie to tyle. Jutro zajmę się też poprawkami w rozdziale I, dlatego jak macie jakieś uwagi, to piszcie.
Miłego czytania :P