4/30/2011

Wybaczcie...

Nie pisałam już od bardzo dawna. Żaden pomysł nie przychodził mi do głowy, w ogóle nie miałam weny, zatrzymywałam się po jednym słowie. Nic, absolutne zero. Poza tym byłam zajęta bez przerwy. Dodatkowo miałam już inne, nowe pomysły na opowieści i trochę się pogubiłam. Myślałam nawet o zamknięciu bloga i zaprzestaniu pisania, ale jednak pomysł mnie nawiedził i od dziś znów zabieram się do pisania. Następny rozdział pojawi się za jakieś dwa - trzy dni. Przepraszam tych, którzy tak długo czekali! ;)

3/06/2011

Nareszcie V rozdział...

!!!Jeśli nie chcecie zbyt dużo wiedzieć o tym, co będzie dalej, nie czytajcie fragmentu wyznaczonego inną czcionką!!!
Rozdział V
Wiatr poruszył gałęziami za oknem. Było jeszcze wcześnie, przed pierwszym dzwonkiem. Opierałam się na dłoni w półśnie. Victoria stukała głośno w klawiaturę telefonu.  Co chwilę unosiła głowę, sprawdzając czy nikt nie spogląda jej przez ramię. Z zamyślenia wyrwało mnie mocne trzaśnięcie drzwiami. Automatycznie okręciłam się na krześle. Piercey odsunęła krzesło przy swoim biurku. Rzucony dziennik trzasnął o powierzchnię biurka. Zlustrowała klasę wściekłym wzrokiem. Zmrużyła oczy.
-Wasza koleżanka Eveline nie wróciła wczoraj do domu. Nie poinformowała nikogo o tym, jakoby miałaby być dłużej poza domem. Jedyny ślad, jaki mają w jej sprawie to nagrana wiadomość głosowa – z krzesła na końcu sali wstała milcząca dotąd matka Eveline i podała nauczycielce telefon. Rozległ się trzask, charakterystyczny dla rozpoczęcia rozmowy telefonicznej. – „Mamo, idę do koleżanki. Posiedzę trochę i wrócę. Jakby co, to jestem w domu…”- wypowiedź się urwała. Jeszcze przez chwilę słychać było nerwowy szept jednej osoby i wiadomość się skończyła. Nauczycielka znów zabrała głos – Według tego, co mówiła mama Eveline, wasza koleżanka nie była zbyt towarzyska. Jeśli poszła do kogoś do domu, musiał być to ktoś z klasy… Nie mówię, że któreś z was mogło skrzywdzić Eveline. Może coś wam mówiła…
-Błagam – zapłakana kobieta podniosła się – nie kryjcie niczego. Wolę znać prawdę niż nie wiedzieć nic, nawet jeśli byłaby najstraszniejsza z możliwych. – Właśnie. Ja muszę znać prawdę. Obejrzałam się do tyłu. Co dziwne, Dakota prawie w ogóle nie przejęła się zniknięciem Eveline. Grała z Marią w kółko i krzyżyk.
Ogłoszenie nauczycielki wywołało poruszenie w klasie 2b Hingston High College. Też wiele fałszywych oskarżeń. Na szczęście obyło się beż bójek i wyzwisk. Niektórzy przestali sobie ufać. Victoria też zdawała się być dziwna. Posyłała mi czasem pytające spojrzenie, szukające we mnie odpowiedzi. Czyżby mnie podejrzewała?
                        
                                    Czytanie poezji na angielskim wcale nie interesowało nikogo. Czytano od niechcenia, po łebkach, by szybko mieć to z głowy. Jak zawsze z resztą.
- Dakoto przeczytaj od czwartego akapitu.
- Nie – dało się słyszeć bezgłośny szept.
- Dakoto przeczytaj proszę! – Dakota zgrzytnęła zębami, lecz niespodziewanie wzięła książkę. Zaczęła recytować tekst. Zaskoczyła wszystkich. Dźwięki z jej ust płynęły gładko i słodko, pomimo delikatnej chrypki w głosie. Poczułam się jak w hipnozie. Cokolwiek by mi powiedziała, zrobiłabym. Przestraszyłam się tego. Bałam się jej od dłuższego czasu, a wszystko potęgowało moje przerażenie. Mary kołysała się delikatnie na krześle w rytm jej słów. Była wręcz oczarowana. Wzrok miała pusty i chłodny uśmiech na twarzy. Teraz do mnie dotarło.
ª¨§©
Leżała na podłodze bez ducha, zimna i nieruchoma. Oczy szeroko otwarte, a jednak niewidzące. Z mroku wyłoniła się blada dłoń i odsłoniła całą twarz. Sprawdziła, czy nie oddycha. Ręka zgrabnym ruchem ujęła w rękę rude włosy. Blada postać pochylająca się nad trupem charknęła i przesłoniła oblicze zmarłej czarną chustą. Włosy ofiary przybrały kolor chusty. Zabłysły gdzieś w oddali brudnobiałe zęby. Ciszę przedarł szaleńczy chichot. Chusta na twarzy zaczęła przesiąkać świeżą krwią. Dziewczyna poruszyła się po raz ostatni, po czym uniosła się w górę i zawisła. Na jej ciele pojawiały się coraz to nowe szramy, z których płynęła czerwona krew. Skapując barwiła drewniane deski posadzki. Po chwili w powietrzu wisiała już tylko wielka fontanna czerwonej mazi. Tajemnicza osoba pstryknęła palcami, a krew z czarną tkaniną opadła. Ona tymczasem podeszła i zabrała się do zbierania cieczy, lesz nie ścierką, ale talią kart…
ª¨§©
Nie wytrzymam z tym. Muszę z nią pogadać i żadna magia lub voodoo mnie nie powstrzyma. Nie wiele myśląc, przy wyjściu ścisnęłam ją za ramię i odciągnęłam na bok.
-Dlaczego to robisz? Gdzie jest Eveline? Co… - urwałam, czując, że zaraz wybuchnę płaczem. Dakota wydawała się być mną rozbawiona. Nabrałam przemożnej ochoty przyłożenia jej w twarz. Sięgnęła do kieszeni wyciągając cienką rzecz, lecz nie zdążyła jej przekręcić. Przyparłam jej dłonie do ściany i wycedziłam:
-Nawet nie próbuj – przyjrzałam się owej rzeczy. Była to karta. Zwykła karta do gry. Spoglądał na mnie walet pik w kolorowym rynsztunku – Karty? Dlaczego… Co ty z nimi robisz?
-Nie twój interes. Zaufaj mi wolisz nie wiedzieć – Znów wygięła usta w szyderczy uśmiech – Znikaj mi z oczu nim się wkurzę. – wyrwała się z mojego ucisku, odwróciła na pięcie i odeszła.

No, znów króciutki, no ale cóż, ledwo go wysmarowałam. ;) Mam nadzieję, że będzie się podobać.

2/22/2011

Niestety, ostatnio nie miewam weny. Nie potrafię przebrnąć przez rozdział nr 5. Na razie, zostawię listę utworów, którymi się inspiruję. Trochę taki soundtrack ;).

- Bjork - Pneumonia
- Alex Winston - Choice Notes
- Mark Hoppus and Pete Wentz - In Transit
- Fiona Apple - Pale September
- Florence & The Machine - Dog Days Are Over
- Seal - Weight Of My Mistakes (początek)

Jeszcze coś dopisze, ale to potem. ;)

Pozdrawiam

2/15/2011

Rozdział 4

Rozdział IV
Cisza
Moje łzy wsiąkały w materiał poduszki. Dłonie zaciśnięte w pięści. Nie płakałam ze strachu ani smutku, lecz bezsilności. Bezsilności, ponieważ mogłam tylko patrzeć na to, co się dzieje. To co wydarzyło się przed chwilą, rozwiało wszelkie wątpliwości – Dakota była w to wmieszana. Szczerze żałowałam, że muszę czekać jeszcze jeden dzień, aby zażądać wyjaśnień. Chciałam jednego, a mianowicie wiedzieć dlaczego mnie to wszystko spotyka. Nie ważne, jak niebezpieczne by to było. Niewiedza przerażała mnie bardziej niż najgorsze, co mogło spotkać. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Victoria nie zaczekała aż odpowiem. Szybkim krokiem weszła do pokoju i przycupnęła obok mnie na łóżku.
-Co ci się stało? – zapytała, najwyraźniej zszokowana moim zachowaniem
-Ja…- urwałam, bo szloch odebrał mi zdolność mówienia.
- Masz jakiś uraz do kart? Świetnie ci szło, a tymczasem uciekłaś przerażona. Czy jest coś, o czym nie wiem?
Postarałam opanować płacz. Nie bardzo wiedziałam, czy wypada mówić jej o dziwnych zdarzeniach z ostatniego miesiąca.
- Ja… Też do końca nie wiem. To dziwne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Może jestem psychicznie chora… - powiedziałam z nieukrywaną nadzieją, że tak w istocie jest.
- Nawet jeśli, powiedz.
- To się zaczęło od momentu, kiedy spotkałam Dakotę. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że spotkałam ją w lesie. Znalazłam jakieś pudełko, ale ona prosiła mnie, żebym go nie otwierała. Ja otworzyłam. Ze środka posypały się powody nieszczęść, rozumiesz, jak z puszki Pandory.  Zaczęła mnie boleć ręka. Na końcu wyszło przedziwne stworzenie. Miało kier.  Na piersi. Gdy się obudziłam, ręka nadal bolała. Wtedy pojechaliśmy do szpitala na rentgen. Miałam pęknięcie w kości. Tu karo. A dzisiaj jak grałyśmy w karty… Czas stanął w miejscu. Moja karta uniosła się w powietrze. Poczułam zapach popiołu. Chciałam sprawdzić, dlaczego tak pachnie.  Przeszłam do przedpokoju. Wszystko było w kurzu. Przy drzwiach stał jakiś upiór. Z kurzu ułożyła się twarz Dakoty. I wtedy czas zaczął płynąć. Wróciłam na swoje miejsce. A ty… - nie wytrzymałam i znów zalałam się łzami. Victoria nie powiedziała nic. Tylko wpatrywała się we mnie wzrokiem z pokroju „WARIATKA”. Rozłożyła dla siebie materac, położyła się na nim i przykryła kocem. Zasnęła.
                        Następnego dnia nie zeszłam na śniadanie. Victoria nawet nie starała się mnie obudzić. Skłamała mamie, że późno poszłyśmy spać wczoraj i teraz odsypiam. Nabrała się. O 15 poszła jak zwykle do pracy, nadal nie wiedząc o tym, co się wczoraj wydarzyło. W chwili gdy usłyszałam jej charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, Victoria wsunęła się do mojego pokoju. Usiadła na swoim materacu i zwróciła się do mnie:
-Lisa, czy ty sobie jaja robisz? Bo jeśli tak, to to wcale nie jest śmieszne. Mów! Teraz!
- Victoria, powiedziałam ci wszystko co wiem i co widziałam. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć.
-W takim razie… trzeba sprawdzić tą Dakotę.
Tak przegadałyśmy cały dzień, w szczególności zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie to spotyka. Udało mi się zasnąć.
                        Rano wstałam szybko, nie zamieniwszy ani jednego zdania z mamą czy Louisem. Liczyło się tylko jedno – porozmawiać z Dakotą. Nie uważałam na lekcjach, odgryzałam się nauczycielom. Dostałam F, gdy matematyczka odpytała mnie z lekcji. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że udało mi się. Zobaczyłam ją, stała, ale co było dziwne, nie sama. Była mocno zajęta dyskusją z Eveline. Przecież przez tyle dni była odludkiem. Nie rozmawiała z nikim. W ogóle się nie odzywała, a tym czasem Eveline śmiała się w najlepsze, rozmawiając z nią. Otrząsnęłam się i taktownie przepraszając Eveline zaciągnęłam Dakotę na bok. Ona chyba nie miała zamiaru nawet spojrzeć na mnie, a co dopiero odezwać się.
-Wiem, że to twoja sprawka – zaczęłam stosunkowo chamsko. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwionymi oczyma.
- Nie udawaj, że nic nie wiesz. Kurz w moim domu utworzył twoją twarz… - Dakota poruszyła ręką, w której coś trzymała. Nagle uświadomiłam sobie, jak idiotycznie to brzmiało. Postanowiłam dać jej spokój. Jeśli rzeczywiście nie miała z tym nic wspólnego.
-Nie ważne. Plotę od rzeczy. Do zobaczenia! – rzuciłam wesoło i odeszłam.
...CO?! Przecież miałam ją zapytać o te dziwne zdarzenia ostatniego miesiąca. To miało przynieść ukojenie. Tymczasem dałam jej po prostu odejść… Jaka ze mnie idiotka! Co mnie naszło? Zatrzymałam się w pół kroku i posłałam Dakocie błagalne spojrzenie, lecz ona nie patrzyła w moją stronę.
- I co? Wyjaśniła ci? – Victoria stuknęła mnie w plecy
-Nie.
-Jak to? Miałaś to z niej wydusić… Dlaczego…
-Nie wiem. Po prostu odeszłam.
-Wiesz… Durna jesteś!
-Wiem – odparłam. W moje życie niszczą dziwne wizje, a ja odpuszczam osobie, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Jak mogłam nie wiedzieć?
-Spróbuj jeszcze raz. Przecież…
-Nie podejdę do niej drugi raz! – przerwałam jej – Nie zrobię tego. Może innym razem. Na dziś koniec.
                        Dobrnęłam do końca lekcji. Wychodząc z budynku szkoły myślałam o tym, co ja sobie myślałam dobrowolnie jej odpuszczając. Zaraz… Może to nie moja wina. Może ten jej ruch ręką przestawił mój mózg na inny tok myślenia. Może ten przedmiot… Ten sam przedmiot, który trzymała podczas rozmów z chłopakami na początku roku… Może on daje jej pewną moc? Dlatego tak szybko od niej odchodzili… Muszę sprawdzić co to za przedmiot. Muszę rozwiązać jego zagadkę.

2/12/2011

Rozdział 3

Rozdział III
Cień pyłu
Rano obudziło mnie słońce, przeświecające przez mglistą zasłonkę w centralnym oknie mojego pokoju. Nieodwołalnie zapowiedziało początek trzeciego weekendu w tym roku szkolnym. Od momentu wizyty u doktora Hunckle minął prawie miesiąc i moja ręka powoli odzyskiwała dawną sprawność. Gips ograniczał jej ruchy do minimum, ale po dokładnych badaniach okazało się, że pęknięcie się zrosło. Nazajutrz miałam jechać na jego zdjęcie. Jednak w mojej duszy ostał się pewnego rodzaju niepokój. Wszystko zdawało się być powiązanym ze sobą, ale nie łączyło się w żadną sensowną całość. Przekręciłam się na drugi bok i westchnęłam. Wszędzie te znaki. Nie wiedziałam po co ani dlaczego.
                        Dzień rozpoczął się stosunkowo normalnie. Jak zwykle zjedliśmy naleśniki, które Louis uwielbiał piec w soboty. Ponoć miał to po swojej matce. Nigdy jej nie widziałam. Z tego, co kiedyś podsłuchałam, nie nas znać i ma żal do swojego syna, że zostawił swoją starą rodzinę na rzecz nas. Ja również nie miałam ochoty zaznajamiać się z nią. To świadczyło o jej nieludzkości.
                        W tą niezwykle nudną sobotę, postanowiłam umówić się z Victorią na noc. Na moje szczęście nie miała żadnych planów. Zjawiła się u moich drzwi punkt szósta z gigantyczną torbą i zestawem filmów do obejrzenia.
- Hej! – rzuciła odgarniając grzywkę przesłaniającą jej oko, po czym delikatnie odłożyła swoją torbę na podłogę w przedpokoju.
- Cześć! Widzę, że się dokładnie przygotowałaś. – spojrzałam z aprobatą na jej torbę i górę płyt, które przytrzymywała brodą.
-No. Wzięłam parę komedii i fantasy. Coś wybierzemy – uśmiechnęła się.
-Będziesz tak stała na korytarzu czy wejdziesz?
-Ach, tak. Już idę. – zmieszała się, po czym przeszła do obszernego salonu. Położywszy płyty na stole, sięgnęła po pilot. Włożyła pierwszą płytę do DVD i włączyła ją. Był to „Kac Vegas”.
-Może być, zostaw – powiedziałam, będąc w połowie na kanapie w swoim domu i w fantastycznym świecie filmu.
Niestety obejrzałyśmy zaledwie piętnaście minut, ponieważ ni stąd ni zowąd w całym domu zabrakło prądu, ale moje przeczucie co do torby Victorii było słuszne.
- Trudno. Poczekaj zaraz coś wygrzebię… - zanurzyła głowę i rękę w przepastnej torbie – Może karty?
                        Na to słowo zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w talię umieszczoną w jej dłoni oczami wielkimi jak spodki. Unikałam i bałam się tej gry jak ognia. Jednakże, nie chcąc wyjść na głupią lub dziwną wyszeptałam niemrawe:
- Możemy zagrać… - i pełna niepokoju przyjęłam roztasowane przez nią karty. Była to gra w wojnę. Stosik otrzymany przeze mnie był dosyć spory.
                        Wbrew moim obawom grałyśmy całkiem normalnie. Bez paranormalnych zbiegów okoliczności, ani latających sztyletów. Wygrywałam. Victorii zostały zaledwie trzy karty. Odważnym ruchem wysunęłyśmy karty.
- Wojna – szepnęła Victoria, co skłoniło mnie do spojrzenia na karty. Moja królowa kier prezentowała się ciekawie na tle czarnej posadzki, lepiej niż królowa pik Victorii. Sięgnęłam po kartę z wierzchu talii, gdy nagle wydarzyła się jedna z rzeczy, których się spodziewałam. Nie zdążyłam zakryć swojej królowej. Wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnego na srogi i wściekły. Po chwili karta uniosła się i zaczęła wirować, jak w morderczym balecie. Nie krzyczałam, ponieważ byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle królowa zatrzymała się wpół obrotu. Nie drgała, nie poruszał nią wiatr. Jak w próżni.
-Byłam pewna, że to się stanie – wymamrotałam niewyraźnie. Victoria nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko zahipnotyzowanym wzrokiem w nieruchomą kartę. Jednak po chwili poczułam zapach popiołu. Był on tak mocny, że aż duszący.
-Pójdę sprawdzić co tak pachnie – ostrzegłam ją, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słucha. Podniosłam się z podłogi i wyszłam na przedpokój skąd pochodził zapach. Za chwilę mocno tego pożałowałam. Wszystkie meble, ściany, zdjęcia pokryte były grubą warstwą kurzu. Jakby tego miejsca nie odwiedzał nikt od wielu lat. Poczułam mocny podmuch wiatru na plecach. Odwróciłam się, by sprawdzić co było jego źródłem. Chciałam od razu zapomnieć to, co zobaczyłam. Otarłam się o postać, która w niczym nie przypominała człowieka. Kościste palce wystawały spod połów żółtawo-białego płaszcza. Wydawała się być stworzona z kurzu, który był obecny wszędzie. Twarz przypominała trupią czaszkę, ale dawała wrażenie ulotnej, jakby zrobionej z dymu, trzymającego zwarte ułożenie. Wiatr poruszył drobinami i na zakurzonej podłodze wyżłobiła się twarz Dakoty. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale dźwięk umilkł zanim wydostał się z mojej piersi. Nagle poczułam, jak jakaś nadludzka siła ciągnie mnie w kierunku miejsca skąd przyszłam. Postacie rozpadły się i wsiąkły razem z pyłem. Królowa kier opadła z gracją na swoje miejsce, a czas znowu zaczął płynąć. Victoria ożywiła się i sięgnęła po swoją kartę.
-Nie – szepnęłam
-Dlaczego?
-Odłóż to.. – powiedziałam głośniej
-O co ci chodzi?
-ODŁÓŻ TO! – wrzasnęłam i pobiegłam na górę, trzaskając salonowymi drzwiami.

Oceńcie sami :). Wiem, że trochę krótkie, ale mogę to rozbudować. Chyba, że tak wam pasuje... Miłego czytania! Rozdział IV za dwa, trzy dni!

2/10/2011

Przepraszam!!!!

Muszę się Wam do czegoś przyznać... Od paru dni nawet nie otworzyłam pliku ze swoją książką! Bardzo przepraszam, w końcu od ostatniego posta minął szmat czasu... Nie miałam weny, czasu ani pomysłu na to, o czym napisać w rozdziale nr III, ale wczoraj doznałam olśnienia i od dnia dzisiejszego zabieram się za pisanie. Mam nadzieję, że morski klimat nie wpłynie negatywnie na moje pisanie... ;)

1/25/2011

Druga połowa II rozdziału!!! JUŻ JEST! ;)

Po końcu lekcji i towarzyskiej rozmowie przy niezwykle odpychającym jedzeniu ze stołówki zmierzałam w kierunku głównego wyjścia. Powstrzymał mnie jednak deszcz kropiący na zewnątrz. Usiadłam więc na ławce obok drzwi i sięgnęłam do torby po swój szkicownik, lecz gdy tylko dotknęłam  swoją dłonią szorstką okładkę zeszytu, poczułam czyjś oddech na swoim ramieniu. Okręciłam się, ale gdy spojrzałam za siebie, chciałam wrzasnąć. Po sekundzie powód mojego strachu zniknął. Byłam święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu stała za mną zakapturzona postać. Ubiór był w kolorze żółtawej bieli, a na kieszeni, niczym herb widniał trefl. Przez ten idiotyczny sen zaczynałam miewać przywidzenia… Przymknęłam oczy, podsumowując w myślach wczorajszy dzień. Po chwili zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę. Uspokoiło mnie to, więc otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno, czy nie stoi tam srebrne auto Louisa. Niestety – parking był pusty. Zachmurzone niebo miało kolor dymu, a spadające krople wydawały charakterystyczny dźwięk. Wszystko tworzyło niezwykle osobliwy nastrój, co sprawiało, że czułam się inaczej niż zwykle. W końcu wyjęłam szkicownik i wyciągnęłam pióro… Chwila… Nie oddałam jej pióra! Ujęłam je w dwie ręce i obejrzałam dokładnie. Nie wyglądało na tanie. Dziwiło mnie to, że się nie upomniała. No cóż, Nie oddam jej go teraz. Otworzyłam zeszyt, ale nie zdążyłam nic narysować, ponieważ na zewnątrz rozległ się dźwięk klaksonu. Zerknęłam przez ramię i gdy tylko zobaczyłam błyszczący lakier srebrnego samochodu, poderwałam się z miejsca pociągając za sobą plecak. I to był błąd. Nagle temperatura w ręce trzymającej plecak poczyna wzrastać. Nacisnął na nią krępujący ją bandaż. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, co zdarzyło się w nocy. Ręka zaczęła mnie parzyć. Upuściłam plecak z potwornym wrzaskiem i złapałam się za prawy nadgarstek. Zwróciłam błagalny wzrok w kierunku samochodu. Louis otworzył drzwiczki i wpadł jak burza przez szklane drzwi. Na powitanie nie powiedział nic.
-Pokaż – wyciągnął do mnie rękę. Uniosłam obie ręce i delikatnie ułożyłam prawą na jego dłoni. Nacisnął na tętnicę. Żadnych zmian.
-Boli? – zapytał. Przytaknęłam, ponieważ czułam, że gdybym tylko otworzyła usta, zaczęłabym krzyczeć i jęczeć. Nie chciałam tego.
- Dojdziesz do samochodu? – w odpowiedzi, podniosłam bolącą rękę i wstałam. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. On wziął plecak i podążył za mną. Otworzył mi wpierw drzwi szkoły, potem samochodu. Usadowiłam się wygodnie na swoim miejscu, nie zapinając nawet pasa.
                        Louis jechał najszybciej jak mógł. Wyprzedzał wszystkie samochody, nie zatrzymywał się na światłach. Za niecałe piętnaście minut byliśmy już w recepcji miejskiego szpitala. Wsłuchiwałam się w swoje płytkie oddechy, starając się nie myśleć o bólu trawiącego prawą rękę. Druga dłoń cały czas kurczowo ją ściskała. Louis nawrzeszczał na recepcjonistkę, ponieważ mówiła, że doktor się spóźni. Ze strzępek jego wypowiedzi usłyszałam o tym, jak można nie poinformować wcześniej o spóźnieniu i że moja ręka to poważna sprawa. Na szczęście tej biednej recepcjonistki, właśnie w tej chwili wszedł doktor Hunckle. Mój ojczym podszedł do niego i zażądał, aby od razu nas przyjął. Hunckle był człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, dlatego wysłuchał prośby Louisa i zaprosił mnie do gabinetu RTG. Odwinął z bandaża moją rękę. Wydałam z siebie krótki jęk. Delikatnie ułożył moją rękę na stole rentgenowskim. Parę sekund później było po wszystkim. Zawiązał mi bandaż z powrotem.
-Dobrze. Pójdziesz do mojego gabinetu. Na końcu korytarza i w lewo. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie wrócę.
Właściwie, Hunckle nie musiał tłumaczyć drogi do jego gabinetu. Według wskazówek doktora, rozsiadłam się na łóżku lekarskim. Od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Tablice dotyczące chorób układu oddechowego wisiały na swoim miejscu, a stary, skórzany fotel stał obok biurka jak zawsze. Na doktora nie musiałam czekać długo. Za minutę stał obok mnie i wyjmował wyniki badania rentgenowskiego. Przyjrzał im się dokładnie.
-Hmmm… - Hunckle zmarszczył brwi – Dziwne. Poczekaj, pójdę po Louisa – i wybiegł z gabinetu. Coś było nie tak. Po sekundzie wrócił wprowadzając do środka zaaferowanego Louisa, który nerwowo zaciskał ręce w pięści. Doktor podszedł do biurka i wziął do ręki zdjęcia rentgenowskie.
- Podejdźcie – wstałam, uważając na rękę. Louis podążył za mną. Rozłożył przed nami zdjęcie i wskazał ręką na ciemny punkt w kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. – Widzicie to? Wygląda jak pęknięcie. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę uraz o takim kształcie! – na te słowa przyjrzałam się rentgenowi. Ciemny znak miał kształt rombu. Nasunęło mi się tylko jedno skojarzenie. Karo.

Prawdopodobnie wprowadzę parę poprawek. Jak macie uwagi to piszcie ;)