1/25/2011

Druga połowa II rozdziału!!! JUŻ JEST! ;)

Po końcu lekcji i towarzyskiej rozmowie przy niezwykle odpychającym jedzeniu ze stołówki zmierzałam w kierunku głównego wyjścia. Powstrzymał mnie jednak deszcz kropiący na zewnątrz. Usiadłam więc na ławce obok drzwi i sięgnęłam do torby po swój szkicownik, lecz gdy tylko dotknęłam  swoją dłonią szorstką okładkę zeszytu, poczułam czyjś oddech na swoim ramieniu. Okręciłam się, ale gdy spojrzałam za siebie, chciałam wrzasnąć. Po sekundzie powód mojego strachu zniknął. Byłam święcie przekonana, że jeszcze chwilę temu stała za mną zakapturzona postać. Ubiór był w kolorze żółtawej bieli, a na kieszeni, niczym herb widniał trefl. Przez ten idiotyczny sen zaczynałam miewać przywidzenia… Przymknęłam oczy, podsumowując w myślach wczorajszy dzień. Po chwili zaczęłam nucić swoją ulubioną piosenkę. Uspokoiło mnie to, więc otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno, czy nie stoi tam srebrne auto Louisa. Niestety – parking był pusty. Zachmurzone niebo miało kolor dymu, a spadające krople wydawały charakterystyczny dźwięk. Wszystko tworzyło niezwykle osobliwy nastrój, co sprawiało, że czułam się inaczej niż zwykle. W końcu wyjęłam szkicownik i wyciągnęłam pióro… Chwila… Nie oddałam jej pióra! Ujęłam je w dwie ręce i obejrzałam dokładnie. Nie wyglądało na tanie. Dziwiło mnie to, że się nie upomniała. No cóż, Nie oddam jej go teraz. Otworzyłam zeszyt, ale nie zdążyłam nic narysować, ponieważ na zewnątrz rozległ się dźwięk klaksonu. Zerknęłam przez ramię i gdy tylko zobaczyłam błyszczący lakier srebrnego samochodu, poderwałam się z miejsca pociągając za sobą plecak. I to był błąd. Nagle temperatura w ręce trzymającej plecak poczyna wzrastać. Nacisnął na nią krępujący ją bandaż. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, co zdarzyło się w nocy. Ręka zaczęła mnie parzyć. Upuściłam plecak z potwornym wrzaskiem i złapałam się za prawy nadgarstek. Zwróciłam błagalny wzrok w kierunku samochodu. Louis otworzył drzwiczki i wpadł jak burza przez szklane drzwi. Na powitanie nie powiedział nic.
-Pokaż – wyciągnął do mnie rękę. Uniosłam obie ręce i delikatnie ułożyłam prawą na jego dłoni. Nacisnął na tętnicę. Żadnych zmian.
-Boli? – zapytał. Przytaknęłam, ponieważ czułam, że gdybym tylko otworzyła usta, zaczęłabym krzyczeć i jęczeć. Nie chciałam tego.
- Dojdziesz do samochodu? – w odpowiedzi, podniosłam bolącą rękę i wstałam. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. On wziął plecak i podążył za mną. Otworzył mi wpierw drzwi szkoły, potem samochodu. Usadowiłam się wygodnie na swoim miejscu, nie zapinając nawet pasa.
                        Louis jechał najszybciej jak mógł. Wyprzedzał wszystkie samochody, nie zatrzymywał się na światłach. Za niecałe piętnaście minut byliśmy już w recepcji miejskiego szpitala. Wsłuchiwałam się w swoje płytkie oddechy, starając się nie myśleć o bólu trawiącego prawą rękę. Druga dłoń cały czas kurczowo ją ściskała. Louis nawrzeszczał na recepcjonistkę, ponieważ mówiła, że doktor się spóźni. Ze strzępek jego wypowiedzi usłyszałam o tym, jak można nie poinformować wcześniej o spóźnieniu i że moja ręka to poważna sprawa. Na szczęście tej biednej recepcjonistki, właśnie w tej chwili wszedł doktor Hunckle. Mój ojczym podszedł do niego i zażądał, aby od razu nas przyjął. Hunckle był człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, dlatego wysłuchał prośby Louisa i zaprosił mnie do gabinetu RTG. Odwinął z bandaża moją rękę. Wydałam z siebie krótki jęk. Delikatnie ułożył moją rękę na stole rentgenowskim. Parę sekund później było po wszystkim. Zawiązał mi bandaż z powrotem.
-Dobrze. Pójdziesz do mojego gabinetu. Na końcu korytarza i w lewo. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie wrócę.
Właściwie, Hunckle nie musiał tłumaczyć drogi do jego gabinetu. Według wskazówek doktora, rozsiadłam się na łóżku lekarskim. Od mojej ostatniej wizyty nic się nie zmieniło. Tablice dotyczące chorób układu oddechowego wisiały na swoim miejscu, a stary, skórzany fotel stał obok biurka jak zawsze. Na doktora nie musiałam czekać długo. Za minutę stał obok mnie i wyjmował wyniki badania rentgenowskiego. Przyjrzał im się dokładnie.
-Hmmm… - Hunckle zmarszczył brwi – Dziwne. Poczekaj, pójdę po Louisa – i wybiegł z gabinetu. Coś było nie tak. Po sekundzie wrócił wprowadzając do środka zaaferowanego Louisa, który nerwowo zaciskał ręce w pięści. Doktor podszedł do biurka i wziął do ręki zdjęcia rentgenowskie.
- Podejdźcie – wstałam, uważając na rękę. Louis podążył za mną. Rozłożył przed nami zdjęcie i wskazał ręką na ciemny punkt w kości promieniowej, w okolicy nadgarstka. – Widzicie to? Wygląda jak pęknięcie. Muszę przyznać, że pierwszy raz widzę uraz o takim kształcie! – na te słowa przyjrzałam się rentgenowi. Ciemny znak miał kształt rombu. Nasunęło mi się tylko jedno skojarzenie. Karo.

Prawdopodobnie wprowadzę parę poprawek. Jak macie uwagi to piszcie ;)

1/20/2011

Kontynuacja 2 rozdziału już jutro!!!

Słuchajcie, jutro będzie można przeczytać końcówkę, a raczej połowę 2 rozdziału. Przepraszam za opóźnienia, wynikły one z braku czasu i dostępu do komputera. Pozdrawiam.

1/14/2011

3/4 rozdziału II

Rozdział II
Pytania bez odpowiedzi
Wiatr rozwiewa mi włosy. Biegnę przez las nie zważając ani na rozwiązane sznurówki trampek, ani na wszechobecny mrok i chłód. Co jakiś czas potykam się o wystające korzenie i upadam, czując pod sobą wilgoć porannej rosy. Nie obchodzi mnie to. Ilekroć upadam zawszę się podnoszę, bo wiem o tym, że do celu dojść muszę. Jest on coraz bliżej. Parę ptaków zniżyło swój lot zapowiadając deszcz. Nawet deszcz nie może mnie powstrzymać. Moje buty przemokły już całkiem. Zaczyna brakować mi sił, ale wierzę, że mi się uda. I udało. Dotarłam do granicy świata, gdzieś, gdzie zlewają się dwa wymiary. Jedyne co stało na mojej drodze, był to ścięty pień drzewa. Wystarczyło go przeskoczyć i wygrałam. Dotknęłam kory i już chciałam się podciągnąć aby zwyciężyć, lecz  w otworze pnia zauważyłam przedmiot. Zgubiła mnie ludzka ciekawość. Byłam tak blisko tryumfu. Wyciągnęłam stamtąd czarne pudełko. W chwili gdy wyjęłam je z miejsca którym się znajdowało, drogę zastąpiła mi osoba, którą dobrze znałam. Dakota.
- Wracaj stamtąd skąd przyszłaś i pod żadnym warunkiem nie otwieraj pudełka! Oddaj mi je…
- A co jeśli nie?
-Daj mi je! – schłodziła mnie spojrzeniem, którego wcześniej używała lecz tym razem nic nie zdziałało. Nęciła mnie zawartość pudełka. Delikatnie uniosłam wieko.
- To tylko kawałek drewna.
- Nie wiesz co w nim jest!
- Co z tego? – pogłaskałam pudło po krawędzi
- Nie rób tego! – wyciągnęła to mnie zabliźnioną rękę. Tym bardziej ciągnęło mnie to w kierunku otworzenia drewnianego pudełka. Zechciałam rozwiązać jego tajemnicę. Szybkim ruchem zdjęłam pokrywkę. Nagle poczułam palący ból w ręce, która nadal kurczowo trzymała pudełko. Z piekielnym wrzaskiem upuściłam je, a ze środka, niczym z puszki Pandory, wyszły największe okropieństwa i nieszczęścia. Dakota zniknęła. Świat wydawał się być nieodwołalnie zatruty, a z przeklętego pudła wychodziły coraz to nowe potwory i choroby. Las począł płonąć i odciął mi ostateczną drogę odwrotu. Brakło mi powietrza. Czułam, że tracę ostatki sił, które mi zostały i zamiast się unosić, spadam coraz niżej. Rzuciłam mgliste spojrzenie na źródło tego wszystkiego. Zobaczyłam, że w środku coś się rusza, lecz w przeciwieństwie do mitów nie była to bynajmniej nadzieja. Wylazło z niego stworzenie, o nieokreślonym gatunku. Pierwszy raz widziałam coś takiego. Nachyliło się nade mną, chciwszy najprawdopodobniej mnie dobić. Przyjrzałam mu się. Miał czerwony znak na piersi. Kier.
Obudziłam się wrzeszcząc jak opętana i przerażona swoimi myślami. Jakbym zapomniała jaki wniosek wysnuliśmy wczoraj… Spojrzałam na zegarek. Była szósta rano i pomimo tego, że czas, moja ilość energii i zapał do szkolnej pracy mi na to pozwalał, nie położyłam się. Postanowiłam zejść na dół i posiedzieć trochę w internecie zanim zadzwoni budzik. Podparłam się rękoma, aby wstać, lecz moja prawa ręka nie funkcjonowała zbyt dobrze. Delikatnie ją podniosłam. Cholernie zabolało. Nie przypominam sobie abym się gdzieś uderzyła albo sytuacji kiedy mogłabym ją skręcić czy złamać. Możliwe, że uderzyłam się w czasie snu. Łapiąc lewą ręką prawy nadgarstek dźwignęłam się z łóżka używając tylko mięśni brzucha. Zeszłam powoli po schodach, unikając sytuacji w których musiałabym używać rąk. Zwaliłam się na kanapę delikatnie układając prawą rękę w dogodnej pozycji. Z komputera nici, a więc sięgnęłam lewą ręką po pilot od telewizora. Przeleciałam po kanałach i nie znalazłszy niczego interesującego zostawiłam na byle jakim kanale. Odwróciłam wzrok od telewizora i pogrążyłam się w myślach. Wróciłam do dzisiejszego snu Jak widać moja wyobraźnia wyszła ostro poza granicę zdrowego rozsądku. Może spowodował go ten niepokój spowodowany postawą tej nowej? Pomyślałam, że może rzeczywiście z tą dziewczyną jest coś nie w porządku, ale szybko odrzuciłam te przypuszczenia. Spokojną ciszę zmącił odgłos stąpania po schodach. Początkowo przestraszyłam się, mając przed oczami swój koszmar, ale wszystko powróciło do normalności, gdy zza ściany wyszła Miriam trzymając w ręce pluszowego królika i przecierając zapłakane oczy.
- Co się stało, siostrzyczko?
Miriam chlipnęła, przetarła nos i oczy, po czym wydukała:
-Miałam… zły… sen.
Spojrzałam na nią. Tak, doskonale wiedziałam co czuła. Chciałam wstać i przytulić ją, ale prawa ręka dała mi się we znaki. Położyłam się więc z powrotem i powiedziałam zrezygnowana:
- Choć, coś ci opowiem – Miriam podeszła i przycupnęła na kanapie. Auć! Siadając zmieniła położenie mojej ręki, co poskutkowało mocnym bólem w okolicy nadgarstka. Syknęłam i ująwszy lewą ręką swoją prawą delikatnie ją przesunęłam. Moja siostra wpatrywała się we mnie zaniepokojonymi oczyma. Aby ją uspokoić zaczęłam opowiadać jej różne, zabawne historie, które znałam z bajek lub własnych przeżyć. Nawet nie zauważyłyśmy jak szybko zleciał czas. Potem powtarzała się codzienna poranna robota. Z wyjątkiem zabandażowania mojej prawej ręki, która widać wcale nie miała zamiaru przestać boleć. Po szkole będziemy musieli pojechać do szpitala i zrobić prześwietlenie ręki.
                        Wpadłam spóźniona do klasy, gdyż był korek przy wyjeździe z Beverly Hills. Zajęłam miejsce obok Victorii i pośpiesznie wyjęłam zeszyt. Nauczycielka, pani Piercey dyktowała listę wycieczek i podręczników na nowy rok szkolny. Zorientowałam się, że nie wzięłam niczego do pisania. Przetrząsnęłam całą torbę, oklepując kieszenie i wysypując wszystko co w niej było. No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak pożyczyć coś do pisania. Okręciłam się na krześle i rzuciłam do osoby siedzącej za mną:
-Hej, masz pożyczyć… - zaczęłam i nie skończyłam. Dziewczyna siedząca za mną utkwiła we mnie wściekły wzrok. Obie dłonie miała kurczowo zaciśnięte na brzegu ławki. Dakota zacisnęła usta w cienką linię. Trwałyśmy tak przez około pięć sekund. Już chciałam odwrócić się i pożyczyć od kogoś innego, lecz ku mojemu zaskoczeniu, Dakota schyliła się i wyciągnęła z torby wieczne pióro. Przyjęłam je z dosyć dziwnym wyrazem twarzy
-Dzięki… - powiedziałam i przyjrzałam się piórowi uważnie. Wydawało się być solidne. Zdjęłam skuwkę i pisałam, delikatnie muskając czarnym tuszem papier zeszytu. Z ciekawości, przeniosłam na chwile wzrok z kartki na klasę. Co dziwne, Tom Desy znów nie zachowywał się normalnie. Nie notował. Siedział skulony, zaciskając ręce w pięści. Odwróciłam wzrok, bo ten widok przypominał mi o bólu ręki. Drugą ręką rysowałam obrazki na okładce zeszytu. Były to głównie migawki z dzisiejszego snu. Narysowałam stworzenie, czarną rzeźbioną szkatułkę i twarz Dakoty przykrytą włosami.
                        Reszta lekcji zleciała powoli. Miałam wrażenie, jakby za mną był tydzień siedzenia w ławce. Większość swojej uwagi skupiałam na Dakocie. Zauważyłam, że parę chłopaków chciało się do niej przyłączyć, ale jak szybko do niej lgnęli tak szybko odchodzili ze spuszczoną głową. Widocznie miała coś w sobie, co przy bliższym poznaniu odrzucało albo za mocno dawała do zrozumienia, że ich trudy są daremne. Miałam wrażenie, że cały czas w ręku trzymała cienki przedmiot. 

Na pewno wprowadzę jeszcze trochę poprawek i rozbuduje, ale na razie to tyle. Jutro zajmę się też poprawkami w rozdziale I, dlatego jak macie jakieś uwagi, to piszcie.
Miłego czytania :P

1/06/2011

Kontynuacja pierwszego rozdziału

Koła samochodu zatrzymały się. Otworzyłam drzwiczki i postawiłam stopy na szkolnym trawniku. Dochodziła dziewiąta. Rzuciłam się biegiem do głównego wejścia i pchnąwszy szklane drzwi weszłam do środka. Od razu rozpoznałam znany hol i wszędzie wiszące plakaty naszej szkolnej drużyny koszykówki. Skierowałam swoje kroki do sali gimnastycznej skąd wydobywał się już głos naszego dyrektora. Naciskałam już klamkę, gdy za mną rozległ się głos:
-Lisa! Jak miło cię widzieć!
Odwróciłam się i jęknęłam rozczarowana, gdyż widziana osoba nie była bynajmniej człowiekiem, którego chciałabym widzieć.
-Connor! – krzyknęłam ze sztucznym uśmiechem – Ciebie też.
- Wyglądasz pięknie, jak zwykle z resztą.
-Dziękuję.
- Pozwól, że otworzę – i sięgnął klamki. Drzwi otworzyły się na oścież. Gdy weszłam do środka rozległo się parę szeptów, chichotów i nawoływań. Dyrektor przerwał na chwilę swój wywód i spojrzał na mnie.
-Królewna, tam z tyłu! Mogłabyś usiąść? I następnym razem masz mi się nie spóźnić – z paru miejsc dobiegł mnie śmiech. Rozglądając się dostrzegłam Victorię i Mike’ a  przedzierających się przez tłum dzieciaków by dotrzeć do trzech ostatnich wolnych miejsc obok Chrisa i Debby.  Podążyłam w ich stronę. Victoria zauważyła mnie i zamachała żwawo. Przepchałam się przez paru trzecioklasistów, którzy bez większych problemów mi ustępowali. Zdawało mi się, że jeden nawet mnie dotknął… Usiadłam na krześle w chwili, gdy dyrektor zmienił temat i zaczął przedstawiać nowych uczniów.
-Hej Lizz? Jak wakacje? – zagadnęła mnie Vicky stukając delikatnie moje ramię.
- Jak co roku, odwiedziłam babcię w Connecticut. Potem zahaczyliśmy o domek Louisa na Karaibach. Nic ciekawego.
- I nie tęskniłaś na nami? – Chris uśmiechnął się, przeczesując ręką swoje kasztanowe włosy.
-Strasznie. Nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że was widzę. Tak w ogóle to w tym Connecticut…
-Cicho! – uciszyła nas Debby – Przedstawiają nowych uczniów w naszej klasie!
Wsłuchałam się uważnie w głos dyrektora, przy okazji rozglądając się po zebranych.
- Powitajmy nowych uczniów z klasy 2b! Philip Brail… - z piątego rzędu krzeseł podniósł się chudy i pryszczaty brunet. Poprawił swoje okrągłe okulary i ukłonił się, po czym siadł.
- …Tom Desy…- z ławki najbliższej mównicy dyrektora wstał blondyn, uśmiechnął się, wniósł ręce w górę i pomachał do wszystkich uczniów w sali. Zanim wrócił na miejsce, rozejrzał się po sali, wyraźnie szukając czegoś. Pokrążył oczami jeszcze trochę, po czym… jego wzrok padł na mnie. Znów wyszczerzył zęby i mrugnął porozumiewawczo.
-Pozer Desy. – szepnęła Victoria, naśladując akcent dyrektora i obie zachichotałyśmy
-…i Dakota Jensey.
Rozejrzeliśmy się po sali. Nikt nie powstał. Nikt się nie odezwał ani nie poruszył. Dyrektor odchrząknął.
- Dakota Jensey, proszę.
Na samym końcu sali, ktoś siedzący na podłodze w rogu otrząsnął się. Po chwili wstał otrzepując się z kurzu. Była to dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Nie robiła nic, tylko stała. Nie podniosła głowy, jej twarz zasłaniała kurtyna czarnych włosów.
-Dakoto, zechciałabyś pokazać swoje oczy? – zwrócił się do dziewczyny dyrektor.
Dziewczyna powoli wyprostowała głowę i zaszczyciła dyrektora spojrzeniem. Zebranym zaparł dech w piersiach. Ja też nie mogłam się zdobyć na reakcję. Owa Dakota miała wielkie, czysto niebieskie oczy. Takie same Debby rysowała w swoich rysunkach albo ja widziałam w japońskich bajkach. Usta miała podkreślone krwistoczerwoną szminką, co mocno kontrastowało z białością jej skóry. Niestety, cały ten obraz szpeciła głęboka blizna w kształcie X na jej policzku. podobne blizny znajdowały się na jej dłoniach. Pomimo tego w jej postaci było coś pięknego i jednocześnie przerażającego. Nikt, nawet dyrektor nie powiedział ani słowa. Nikt oprócz Toma, który bezczelnie wstał, puścił oko do Dakoty jak wcześniej do mnie i mało tego, zagwizdał z podziwem. Dziewczyna podniosła swoje błękitne oczy i popatrzyła na Toma tak mrożącym spojrzeniem, że chłopak umilkł i nie odezwał się już więcej. Mało tego - nawet mnie od jej wzroku przeszedł dreszcz. Zlustrowałam całą posturę Dakoty. Chodziła zgarbiona. Miała na sobie długą, obcisłą, czarną spódnicę i bluzkę złożoną z wielu warstw. Do tego na nogach nosiła czarne martensy. Włosy były niechlujnie ułożone, a pomimo tego idealnie proste i nie zniszczone przez prostownicę, nadal lśniące. Po chwili dyrektor odzyskał mowę i kontynuował przedstawianie uczniów.
-Psst! – syknęła Debby i pochyliła się ku nam – Widzieliście, jak spojrzała na tego chłopaka?
-I co z tego? – odparowała Victoria – Należało mu się! Wcześniej idiota przystawiał się do Lizz.
-Myślę, że przesadzasz Vicky. – Chris spojrzał na nią karcąco
-Wcale nie. Przecież nic mu nie zrobiła, tylko spojrzała na niego!
-No to spójrz. – wskazał głową na Toma.
Spojrzeliśmy równocześnie na chłopaka. Tak, to na pewno nie był ten sam Tom, co na początku apelu. Siedział zgarbiony i wpatrywał się w podłogę martwym wzrokiem. Nie reagował na szturchanie kolegi, siedzącego obok niego.
-A temu co? – wypaliłam
- Jajco!
-Hmmm… Może jeszcze nigdy nie dostał kosza, w co szczerze wątpię…
-Hej! Nie żartujcie sobie! Z tą dziewczyną jest coś nie tak! – Debby wydawała się być przestraszona – Widzieliście jej bliznę?
-Może miała wypadek? – zasugerowałam – Nie wpadaj w panikę. Po prostu taka jest i ma taki styl bycia.
                                   Do końca apelu nie odezwaliśmy się więcej. Każdy pogrążony był w swoich myślach. Co jakiś czas zerkałam na Toma. Siedział cały czas tak jak wcześniej. Jego kolega był wyraźnie zdenerwowany. Dyrektor wygłosił jeszcze parę słów na temat organizacji roku szkolnego, po czym pożegnał uczniów i zszedł z mównicy. Dzieciaki zaczęły pchać się grupą do drzwi. Jedynie Dakota pozostała w swoim kącie. Co jakiś czas rozglądała się, czy wszyscy już sobie poszli. Gdy w końcu tłum pozwolił mi przejść przez drzwi sali, jakaś kobieta poprosiła ją, żeby wyszła. Nie odniosło to skutku, ale owa kobieta dała spokój i odeszła powolnym krokiem. Stanęłam w holu, gdzie czekali na mnie Debby, Victoria i chłopaki.
-Mówiłam, że z tą dziewczyną jest wszystko w porządku. Patrzcie. – zwróciliśmy głowy w drugą stronę, gdzie Tom flirtował z trzecioklasistką najwyraźniej bezskutecznie. Po chwili zrozumiał, że nic z tego, z nonszalancją okręcił się i wszedł ze szkoły.
-Musimy iść – rzuciła Debby na odchodne i skinęła na Chrisa – Nasza mama czeka. Do zobaczenia.
Zabawne, pomimo faktu, że byli bliźniakami, wyglądali zupełnie różnie.
-Dobra, to ja też pójdę, za pięć minut bus mi odjeżdża. Cześć!
-Poczekaj, idę z tobą! – krzyknęła Wiktoria
- To pa! – pomachałam jej.
                        Zostałam sama w szkolnym holu. Wszyscy, nawet nauczyciele i dyrekcja rozjechali się do domu. Wokół mnie nie było nikogo ani niczego prócz ciszy. Nagle usłyszałam odgłos kroków. Ich głośność wzrastała z każdą sekundą. Postanowiłam schować się za kolumną, tak na wszelki wypadek. Drzwi otworzyły się od strony sali gimnastycznej. Od razu rozpoznałam czarne buty. Dakota rozejrzała się po holu. Po chwili wyjęła z kieszeni czarne pudełko. Otworzyła je i nerwowo zaczęła je przeszukiwać. Zamknęła, znów rozejrzała się, czy nikt jej nie obserwował. Wstała i trzymając pudełko pod pachą, wyszła ze szkoły.
Miłego czytania ;P

1/04/2011

Połowa I rozdziału i prolog

- Te karty nigdy nie popełniają błędu. Nigdy się nie mylą. Są jak fatum – przepowiadają nieubłagalny los. Jesteś pewna, że chcesz przejść dalej?
                        Dziewczyna zawahała się. Gdzieś w ciemności pobłyskiwały pożółkłe zęby, odsłonięte w dziwnym grymasie, przypominającym uśmiech. „Może poczuć się urażona…” pomyślała i odpowiedziała z udawaną powagą:
- Tak. Chcę. – nie bardzo wierzyła w karciane sztuczki. Uważała to za jakieś stare, iluzjonistyczne dyrdymały.
- Dobrze, więc zagrajmy w grę. Weź trzy karty. – usłuchała się – Daj mi je! – wróżbitka wyrwała karty dziewczynie - Co chcesz wiedzieć?
-Czy z tego coś będzie?
                        Przekręciła dziwacznie w rękach karty, przyjrzała się im dokładnie. Uniosła brwi, znów wygięła usta w grymas.
- Ha ha! Z tego nic nie będzie!  Ból i cierpienie, oto co jest ci pisane…
                        Dziewczyna przeraziła się przepowiednią. Kochała go. Nie mogła sobie wyobrazić, że coś miało się nie udać. Jeszcze raz poukładała sobie wszystko w głowie. Nie, to nie możliwe! Była ładna, on ją lubił… Z tego musiało coś wyjść. Uśmiechnęła się szyderczo i powiedziała:
- Kłamiesz! Chcesz mnie nastraszyć! Ja już się poznałam na twoich sztuczkach!
Wróżbitka odpowiedziała jej tym samym uśmiechem,
-Musisz coś o mnie wiedzieć. Nigdy nie kłamię. Nigdy nie żartuję. Jestem do bólu szczera. Spójrz. – i okręciła ku niej karty.
                        Piątka pik. Król kier. Dziesiątka trefl.
- Te karty nie wyglądają tak  źle jak mówisz. Wiesz… nie wierzę tobie ani twoim kartom! – uderzyła pięścią o stół.
-Skoro tak to trudno. Żegnaj… na chwilę. Idę nam zrobić herbatę.
- Zaparz mi zieloną.
-Zobaczę, co da się zrobić. – powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem na ustach i zniknęła w drzwiach
            `           Dziewczyna została w pokoju. Rozejrzała się dookoła. Wszędzie panował mrok. Tylko jedna świeczka, stojąca na stole, paliła się jasnym płomieniem. Nagle śmiertelną ciszę przerwał szept:
-Nie wierzysz nam?
-Kto to?
Świeczka zgasła, po czym przewróciła się i z łoskotem spadła ze stołu
-Nie wierzysz?
- To ty?
- NIE WIERZYSZ?! WIĘC ZGIŃ!
                        Wtem zerwał się wiatr, porwał jedną kartę z talii, po czym opadła ona na kolana przerażonej dziewczyny. Drżącymi rękami podniosła kartę. Królowa kier była ostatnią rzeczą jaką zobaczyła.
Rozdział I
Nowa
Nadszedł dzień mało oczekiwany przeze mnie i innych gimnazjalistów.  1 września – pierwszy dzień szkoły. Mama obudziła mnie stosunkowo wcześnie. Zbyt wcześnie. Pół przytomna, zeszłam na dół na śniadanie. Zapach tostów kojarzył mi się właśnie ze szkołą, dlatego, gdy go poczułam, zechciało mi się zwymiotować. Wsunęłam szybko tosta. Moja młodsza siostra nuciła pod nosem melodyjkę ze SpongeBoba. Spojrzałam na jej różowy plecak z Barbie. No tak! Ona się w przedszkolu nie musi słuchać długich wykładów na temat kinetyczno-molekularnej budowy materii lub chorobach układu krążenia. Wobec jej rodzice nie mają przerośniętych ambicji, nie musi wychodzić na kujona. Nie! Ona się tylko bawi z przyjaciółkami lalkami i misiami w herbatki, obiadki i inne takie. Najchętniej powiesiłabym na szubienicy człowieka, który jest odpowiedzialny za stworzenie szkoły. Niby po co mi za 10 lat wiedzieć o tym, co robili ludzie 1200 lat temu albo jak nazywają się poszczególne części mowy? Mam wyższe ambicje niż zostanie nauczycielem, fizykiem czy naukowcem. Niestety, dzięki rządowi i pewnemu człowiekowi, który to dziadostwo stworzył, do szkoły trzeba chodzić. Jedyną pociechą jest to, że nie chodzi się tam samemu. Właściwie cieszyłam się, że zobaczę Vicky, Debby i inne osoby z mojej paczki. Skończywszy niezwykle tłuste śniadanie, udałam się do łazienki z zamiarem poskromienia moich nieokrzesanych jak zwykle włosów. Oczywiście nie pomogła ani szczotka, ani odżywka, a nawet mocna pianka do włosów. Zostawiwszy swoje nadal sterczące włosy, sięgnęłam po swoją szczoteczkę do zębów i zaczęłam mocno szorować. I pomyśleć, że już za miesiąc na właśnie tych zębach miał pojawić się aparat. W sumie byłam całkiem ładna, o czym świadczyły spojrzenia chłopców ze starszych klas. Z burzą na głowie i lśniącymi zębami przespacerowałam się znowu do swojego pokoju. Otworzyłam swoją szafę i wbrew temu co sądzą o nastolatkach, wybrałam pierwsze lepsze ciuchy, po czym wrzuciłam je na siebie. Zbiegłszy na dół porwałam z kanapy swój plecak i stanęłam gotowa przy drzwiach. Niedługo potem przyszedł Louis niosący na ramionach moją siostrę.
-To co młoda? Gotowa?
-Mhm.
-Tylko nie jedź zbyt szybko! – mama podeszła i cmoknęła Louisa w policzek.
-Nie ma sprawy – powiedział i po chwili zwrócił się do nas – No dobra, bo się spóźnimy. Wsiadać do samochodu, zaraz przyjdę. – i otworzył nam drzwi.
Wyszłam przed dom. Wciągnęłam nosem letnie powietrze. Niestety, koniec wakacji. Rozejrzałam się dookoła. Liście zaczęły powoli opadać z drzew. Nadchodziła jesień. Z rozmyślań wyrwało mnie mocne uderzenie w udo
-Berek! Kto pierwszy do samochodu! – moja siostra zaczęła biec w kierunku srebrnego BMW, śmiejąc się perliście. Ja nie bardzo miałam ochotę na taką zabawę. Na moje szczęście wybawił mnie z niej Louis.
-No, miałyście wsiąść.
-Już wsiadamy. Miriam! – zawołałam swoją siostrę, która kręciła się na trawniku, udając samolot. Zakręciła jeszcze jedno kółko i z dzikim warkotem wsiadła do samochodu. Usiadłam na przednim siedzeniu i sięgnęłam za swoje plecy po pas. Louis odpalił auto i po chwili czarne opony BM – ki ocierały się z dużą prędkością o czarny asfalt. Przez okno oglądałam Beverly Hills w blasku poranka. Tłumy ludzi spieszyło się do pracy, robiło zakupy lub po prostu spacerowało. Wokół latały tumany kurzu i dymu wzbijane przez coraz to nowe samochody wyjeżdżające na drogi. Lubiłam takie tłoczne miejsca jak Beverly Hills. Niestety – moja szkoła znajdowała się daleko poza miastem. Zazdrościłam Miriam. Chodziła do prestiżowego przedszkola w samym centrum miasta. Nim się spostrzegłam Beverly zostało daleko w tyle, a zza pagórka wysunęła się moja szkoła. Hingston High College to ponoć najdroższa i najlepsza placówka w całym kraju. Położona w pięknej okolicy,  mająca najlepsze notowania i ble… ble… ble… Moim zdaniem nie było w niej nic nadzwyczajnego. Nic co by zachwycało. 

Informacja

Hej! Jestem Merca i tutaj na tym blogu będę publikować kolejne rozdziały książki, którą piszę. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Enjoy!