2/22/2011

Niestety, ostatnio nie miewam weny. Nie potrafię przebrnąć przez rozdział nr 5. Na razie, zostawię listę utworów, którymi się inspiruję. Trochę taki soundtrack ;).

- Bjork - Pneumonia
- Alex Winston - Choice Notes
- Mark Hoppus and Pete Wentz - In Transit
- Fiona Apple - Pale September
- Florence & The Machine - Dog Days Are Over
- Seal - Weight Of My Mistakes (początek)

Jeszcze coś dopisze, ale to potem. ;)

Pozdrawiam

2/15/2011

Rozdział 4

Rozdział IV
Cisza
Moje łzy wsiąkały w materiał poduszki. Dłonie zaciśnięte w pięści. Nie płakałam ze strachu ani smutku, lecz bezsilności. Bezsilności, ponieważ mogłam tylko patrzeć na to, co się dzieje. To co wydarzyło się przed chwilą, rozwiało wszelkie wątpliwości – Dakota była w to wmieszana. Szczerze żałowałam, że muszę czekać jeszcze jeden dzień, aby zażądać wyjaśnień. Chciałam jednego, a mianowicie wiedzieć dlaczego mnie to wszystko spotyka. Nie ważne, jak niebezpieczne by to było. Niewiedza przerażała mnie bardziej niż najgorsze, co mogło spotkać. Usłyszałam cichutkie pukanie do drzwi. Victoria nie zaczekała aż odpowiem. Szybkim krokiem weszła do pokoju i przycupnęła obok mnie na łóżku.
-Co ci się stało? – zapytała, najwyraźniej zszokowana moim zachowaniem
-Ja…- urwałam, bo szloch odebrał mi zdolność mówienia.
- Masz jakiś uraz do kart? Świetnie ci szło, a tymczasem uciekłaś przerażona. Czy jest coś, o czym nie wiem?
Postarałam opanować płacz. Nie bardzo wiedziałam, czy wypada mówić jej o dziwnych zdarzeniach z ostatniego miesiąca.
- Ja… Też do końca nie wiem. To dziwne. Sama nie mogę w to uwierzyć. Może jestem psychicznie chora… - powiedziałam z nieukrywaną nadzieją, że tak w istocie jest.
- Nawet jeśli, powiedz.
- To się zaczęło od momentu, kiedy spotkałam Dakotę. W nocy miałam sen. Śniło mi się, że spotkałam ją w lesie. Znalazłam jakieś pudełko, ale ona prosiła mnie, żebym go nie otwierała. Ja otworzyłam. Ze środka posypały się powody nieszczęść, rozumiesz, jak z puszki Pandory.  Zaczęła mnie boleć ręka. Na końcu wyszło przedziwne stworzenie. Miało kier.  Na piersi. Gdy się obudziłam, ręka nadal bolała. Wtedy pojechaliśmy do szpitala na rentgen. Miałam pęknięcie w kości. Tu karo. A dzisiaj jak grałyśmy w karty… Czas stanął w miejscu. Moja karta uniosła się w powietrze. Poczułam zapach popiołu. Chciałam sprawdzić, dlaczego tak pachnie.  Przeszłam do przedpokoju. Wszystko było w kurzu. Przy drzwiach stał jakiś upiór. Z kurzu ułożyła się twarz Dakoty. I wtedy czas zaczął płynąć. Wróciłam na swoje miejsce. A ty… - nie wytrzymałam i znów zalałam się łzami. Victoria nie powiedziała nic. Tylko wpatrywała się we mnie wzrokiem z pokroju „WARIATKA”. Rozłożyła dla siebie materac, położyła się na nim i przykryła kocem. Zasnęła.
                        Następnego dnia nie zeszłam na śniadanie. Victoria nawet nie starała się mnie obudzić. Skłamała mamie, że późno poszłyśmy spać wczoraj i teraz odsypiam. Nabrała się. O 15 poszła jak zwykle do pracy, nadal nie wiedząc o tym, co się wczoraj wydarzyło. W chwili gdy usłyszałam jej charakterystyczne trzaśnięcie drzwiami, Victoria wsunęła się do mojego pokoju. Usiadła na swoim materacu i zwróciła się do mnie:
-Lisa, czy ty sobie jaja robisz? Bo jeśli tak, to to wcale nie jest śmieszne. Mów! Teraz!
- Victoria, powiedziałam ci wszystko co wiem i co widziałam. Nie potrafię tego jaśniej wytłumaczyć.
-W takim razie… trzeba sprawdzić tą Dakotę.
Tak przegadałyśmy cały dzień, w szczególności zastanawiając się nad tym, dlaczego mnie to spotyka. Udało mi się zasnąć.
                        Rano wstałam szybko, nie zamieniwszy ani jednego zdania z mamą czy Louisem. Liczyło się tylko jedno – porozmawiać z Dakotą. Nie uważałam na lekcjach, odgryzałam się nauczycielom. Dostałam F, gdy matematyczka odpytała mnie z lekcji. Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze, że udało mi się. Zobaczyłam ją, stała, ale co było dziwne, nie sama. Była mocno zajęta dyskusją z Eveline. Przecież przez tyle dni była odludkiem. Nie rozmawiała z nikim. W ogóle się nie odzywała, a tym czasem Eveline śmiała się w najlepsze, rozmawiając z nią. Otrząsnęłam się i taktownie przepraszając Eveline zaciągnęłam Dakotę na bok. Ona chyba nie miała zamiaru nawet spojrzeć na mnie, a co dopiero odezwać się.
-Wiem, że to twoja sprawka – zaczęłam stosunkowo chamsko. Dziewczyna spojrzała na mnie zdziwionymi oczyma.
- Nie udawaj, że nic nie wiesz. Kurz w moim domu utworzył twoją twarz… - Dakota poruszyła ręką, w której coś trzymała. Nagle uświadomiłam sobie, jak idiotycznie to brzmiało. Postanowiłam dać jej spokój. Jeśli rzeczywiście nie miała z tym nic wspólnego.
-Nie ważne. Plotę od rzeczy. Do zobaczenia! – rzuciłam wesoło i odeszłam.
...CO?! Przecież miałam ją zapytać o te dziwne zdarzenia ostatniego miesiąca. To miało przynieść ukojenie. Tymczasem dałam jej po prostu odejść… Jaka ze mnie idiotka! Co mnie naszło? Zatrzymałam się w pół kroku i posłałam Dakocie błagalne spojrzenie, lecz ona nie patrzyła w moją stronę.
- I co? Wyjaśniła ci? – Victoria stuknęła mnie w plecy
-Nie.
-Jak to? Miałaś to z niej wydusić… Dlaczego…
-Nie wiem. Po prostu odeszłam.
-Wiesz… Durna jesteś!
-Wiem – odparłam. W moje życie niszczą dziwne wizje, a ja odpuszczam osobie, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Jak mogłam nie wiedzieć?
-Spróbuj jeszcze raz. Przecież…
-Nie podejdę do niej drugi raz! – przerwałam jej – Nie zrobię tego. Może innym razem. Na dziś koniec.
                        Dobrnęłam do końca lekcji. Wychodząc z budynku szkoły myślałam o tym, co ja sobie myślałam dobrowolnie jej odpuszczając. Zaraz… Może to nie moja wina. Może ten jej ruch ręką przestawił mój mózg na inny tok myślenia. Może ten przedmiot… Ten sam przedmiot, który trzymała podczas rozmów z chłopakami na początku roku… Może on daje jej pewną moc? Dlatego tak szybko od niej odchodzili… Muszę sprawdzić co to za przedmiot. Muszę rozwiązać jego zagadkę.

2/12/2011

Rozdział 3

Rozdział III
Cień pyłu
Rano obudziło mnie słońce, przeświecające przez mglistą zasłonkę w centralnym oknie mojego pokoju. Nieodwołalnie zapowiedziało początek trzeciego weekendu w tym roku szkolnym. Od momentu wizyty u doktora Hunckle minął prawie miesiąc i moja ręka powoli odzyskiwała dawną sprawność. Gips ograniczał jej ruchy do minimum, ale po dokładnych badaniach okazało się, że pęknięcie się zrosło. Nazajutrz miałam jechać na jego zdjęcie. Jednak w mojej duszy ostał się pewnego rodzaju niepokój. Wszystko zdawało się być powiązanym ze sobą, ale nie łączyło się w żadną sensowną całość. Przekręciłam się na drugi bok i westchnęłam. Wszędzie te znaki. Nie wiedziałam po co ani dlaczego.
                        Dzień rozpoczął się stosunkowo normalnie. Jak zwykle zjedliśmy naleśniki, które Louis uwielbiał piec w soboty. Ponoć miał to po swojej matce. Nigdy jej nie widziałam. Z tego, co kiedyś podsłuchałam, nie nas znać i ma żal do swojego syna, że zostawił swoją starą rodzinę na rzecz nas. Ja również nie miałam ochoty zaznajamiać się z nią. To świadczyło o jej nieludzkości.
                        W tą niezwykle nudną sobotę, postanowiłam umówić się z Victorią na noc. Na moje szczęście nie miała żadnych planów. Zjawiła się u moich drzwi punkt szósta z gigantyczną torbą i zestawem filmów do obejrzenia.
- Hej! – rzuciła odgarniając grzywkę przesłaniającą jej oko, po czym delikatnie odłożyła swoją torbę na podłogę w przedpokoju.
- Cześć! Widzę, że się dokładnie przygotowałaś. – spojrzałam z aprobatą na jej torbę i górę płyt, które przytrzymywała brodą.
-No. Wzięłam parę komedii i fantasy. Coś wybierzemy – uśmiechnęła się.
-Będziesz tak stała na korytarzu czy wejdziesz?
-Ach, tak. Już idę. – zmieszała się, po czym przeszła do obszernego salonu. Położywszy płyty na stole, sięgnęła po pilot. Włożyła pierwszą płytę do DVD i włączyła ją. Był to „Kac Vegas”.
-Może być, zostaw – powiedziałam, będąc w połowie na kanapie w swoim domu i w fantastycznym świecie filmu.
Niestety obejrzałyśmy zaledwie piętnaście minut, ponieważ ni stąd ni zowąd w całym domu zabrakło prądu, ale moje przeczucie co do torby Victorii było słuszne.
- Trudno. Poczekaj zaraz coś wygrzebię… - zanurzyła głowę i rękę w przepastnej torbie – Może karty?
                        Na to słowo zamarłam w bezruchu. Wpatrywałam się w talię umieszczoną w jej dłoni oczami wielkimi jak spodki. Unikałam i bałam się tej gry jak ognia. Jednakże, nie chcąc wyjść na głupią lub dziwną wyszeptałam niemrawe:
- Możemy zagrać… - i pełna niepokoju przyjęłam roztasowane przez nią karty. Była to gra w wojnę. Stosik otrzymany przeze mnie był dosyć spory.
                        Wbrew moim obawom grałyśmy całkiem normalnie. Bez paranormalnych zbiegów okoliczności, ani latających sztyletów. Wygrywałam. Victorii zostały zaledwie trzy karty. Odważnym ruchem wysunęłyśmy karty.
- Wojna – szepnęła Victoria, co skłoniło mnie do spojrzenia na karty. Moja królowa kier prezentowała się ciekawie na tle czarnej posadzki, lepiej niż królowa pik Victorii. Sięgnęłam po kartę z wierzchu talii, gdy nagle wydarzyła się jedna z rzeczy, których się spodziewałam. Nie zdążyłam zakryć swojej królowej. Wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnego na srogi i wściekły. Po chwili karta uniosła się i zaczęła wirować, jak w morderczym balecie. Nie krzyczałam, ponieważ byłam przygotowana na taki obrót spraw. Nagle królowa zatrzymała się wpół obrotu. Nie drgała, nie poruszał nią wiatr. Jak w próżni.
-Byłam pewna, że to się stanie – wymamrotałam niewyraźnie. Victoria nie odpowiedziała. Wpatrywała się tylko zahipnotyzowanym wzrokiem w nieruchomą kartę. Jednak po chwili poczułam zapach popiołu. Był on tak mocny, że aż duszący.
-Pójdę sprawdzić co tak pachnie – ostrzegłam ją, chociaż wiedziałam, że i tak mnie nie słucha. Podniosłam się z podłogi i wyszłam na przedpokój skąd pochodził zapach. Za chwilę mocno tego pożałowałam. Wszystkie meble, ściany, zdjęcia pokryte były grubą warstwą kurzu. Jakby tego miejsca nie odwiedzał nikt od wielu lat. Poczułam mocny podmuch wiatru na plecach. Odwróciłam się, by sprawdzić co było jego źródłem. Chciałam od razu zapomnieć to, co zobaczyłam. Otarłam się o postać, która w niczym nie przypominała człowieka. Kościste palce wystawały spod połów żółtawo-białego płaszcza. Wydawała się być stworzona z kurzu, który był obecny wszędzie. Twarz przypominała trupią czaszkę, ale dawała wrażenie ulotnej, jakby zrobionej z dymu, trzymającego zwarte ułożenie. Wiatr poruszył drobinami i na zakurzonej podłodze wyżłobiła się twarz Dakoty. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale dźwięk umilkł zanim wydostał się z mojej piersi. Nagle poczułam, jak jakaś nadludzka siła ciągnie mnie w kierunku miejsca skąd przyszłam. Postacie rozpadły się i wsiąkły razem z pyłem. Królowa kier opadła z gracją na swoje miejsce, a czas znowu zaczął płynąć. Victoria ożywiła się i sięgnęła po swoją kartę.
-Nie – szepnęłam
-Dlaczego?
-Odłóż to.. – powiedziałam głośniej
-O co ci chodzi?
-ODŁÓŻ TO! – wrzasnęłam i pobiegłam na górę, trzaskając salonowymi drzwiami.

Oceńcie sami :). Wiem, że trochę krótkie, ale mogę to rozbudować. Chyba, że tak wam pasuje... Miłego czytania! Rozdział IV za dwa, trzy dni!

2/10/2011

Przepraszam!!!!

Muszę się Wam do czegoś przyznać... Od paru dni nawet nie otworzyłam pliku ze swoją książką! Bardzo przepraszam, w końcu od ostatniego posta minął szmat czasu... Nie miałam weny, czasu ani pomysłu na to, o czym napisać w rozdziale nr III, ale wczoraj doznałam olśnienia i od dnia dzisiejszego zabieram się za pisanie. Mam nadzieję, że morski klimat nie wpłynie negatywnie na moje pisanie... ;)