!!!Jeśli nie chcecie zbyt dużo wiedzieć o tym, co będzie dalej, nie czytajcie fragmentu wyznaczonego inną czcionką!!!
Rozdział V
Wiatr poruszył gałęziami za oknem. Było jeszcze wcześnie, przed pierwszym dzwonkiem. Opierałam się na dłoni w półśnie. Victoria stukała głośno w klawiaturę telefonu. Co chwilę unosiła głowę, sprawdzając czy nikt nie spogląda jej przez ramię. Z zamyślenia wyrwało mnie mocne trzaśnięcie drzwiami. Automatycznie okręciłam się na krześle. Piercey odsunęła krzesło przy swoim biurku. Rzucony dziennik trzasnął o powierzchnię biurka. Zlustrowała klasę wściekłym wzrokiem. Zmrużyła oczy.
-Wasza koleżanka Eveline nie wróciła wczoraj do domu. Nie poinformowała nikogo o tym, jakoby miałaby być dłużej poza domem. Jedyny ślad, jaki mają w jej sprawie to nagrana wiadomość głosowa – z krzesła na końcu sali wstała milcząca dotąd matka Eveline i podała nauczycielce telefon. Rozległ się trzask, charakterystyczny dla rozpoczęcia rozmowy telefonicznej. – „Mamo, idę do koleżanki. Posiedzę trochę i wrócę. Jakby co, to jestem w domu…”- wypowiedź się urwała. Jeszcze przez chwilę słychać było nerwowy szept jednej osoby i wiadomość się skończyła. Nauczycielka znów zabrała głos – Według tego, co mówiła mama Eveline, wasza koleżanka nie była zbyt towarzyska. Jeśli poszła do kogoś do domu, musiał być to ktoś z klasy… Nie mówię, że któreś z was mogło skrzywdzić Eveline. Może coś wam mówiła…
-Błagam – zapłakana kobieta podniosła się – nie kryjcie niczego. Wolę znać prawdę niż nie wiedzieć nic, nawet jeśli byłaby najstraszniejsza z możliwych. – Właśnie. Ja muszę znać prawdę. Obejrzałam się do tyłu. Co dziwne, Dakota prawie w ogóle nie przejęła się zniknięciem Eveline. Grała z Marią w kółko i krzyżyk.
Ogłoszenie nauczycielki wywołało poruszenie w klasie 2b Hingston High College. Też wiele fałszywych oskarżeń. Na szczęście obyło się beż bójek i wyzwisk. Niektórzy przestali sobie ufać. Victoria też zdawała się być dziwna. Posyłała mi czasem pytające spojrzenie, szukające we mnie odpowiedzi. Czyżby mnie podejrzewała?
Czytanie poezji na angielskim wcale nie interesowało nikogo. Czytano od niechcenia, po łebkach, by szybko mieć to z głowy. Jak zawsze z resztą.
- Dakoto przeczytaj od czwartego akapitu.
- Nie – dało się słyszeć bezgłośny szept.
- Dakoto przeczytaj proszę! – Dakota zgrzytnęła zębami, lecz niespodziewanie wzięła książkę. Zaczęła recytować tekst. Zaskoczyła wszystkich. Dźwięki z jej ust płynęły gładko i słodko, pomimo delikatnej chrypki w głosie. Poczułam się jak w hipnozie. Cokolwiek by mi powiedziała, zrobiłabym. Przestraszyłam się tego. Bałam się jej od dłuższego czasu, a wszystko potęgowało moje przerażenie. Mary kołysała się delikatnie na krześle w rytm jej słów. Była wręcz oczarowana. Wzrok miała pusty i chłodny uśmiech na twarzy. Teraz do mnie dotarło.
ª¨§©
Leżała na podłodze bez ducha, zimna i nieruchoma. Oczy szeroko otwarte, a jednak niewidzące. Z mroku wyłoniła się blada dłoń i odsłoniła całą twarz. Sprawdziła, czy nie oddycha. Ręka zgrabnym ruchem ujęła w rękę rude włosy. Blada postać pochylająca się nad trupem charknęła i przesłoniła oblicze zmarłej czarną chustą. Włosy ofiary przybrały kolor chusty. Zabłysły gdzieś w oddali brudnobiałe zęby. Ciszę przedarł szaleńczy chichot. Chusta na twarzy zaczęła przesiąkać świeżą krwią. Dziewczyna poruszyła się po raz ostatni, po czym uniosła się w górę i zawisła. Na jej ciele pojawiały się coraz to nowe szramy, z których płynęła czerwona krew. Skapując barwiła drewniane deski posadzki. Po chwili w powietrzu wisiała już tylko wielka fontanna czerwonej mazi. Tajemnicza osoba pstryknęła palcami, a krew z czarną tkaniną opadła. Ona tymczasem podeszła i zabrała się do zbierania cieczy, lesz nie ścierką, ale talią kart…
ª¨§©
Nie wytrzymam z tym. Muszę z nią pogadać i żadna magia lub voodoo mnie nie powstrzyma. Nie wiele myśląc, przy wyjściu ścisnęłam ją za ramię i odciągnęłam na bok.
-Dlaczego to robisz? Gdzie jest Eveline? Co… - urwałam, czując, że zaraz wybuchnę płaczem. Dakota wydawała się być mną rozbawiona. Nabrałam przemożnej ochoty przyłożenia jej w twarz. Sięgnęła do kieszeni wyciągając cienką rzecz, lecz nie zdążyła jej przekręcić. Przyparłam jej dłonie do ściany i wycedziłam:
-Nawet nie próbuj – przyjrzałam się owej rzeczy. Była to karta. Zwykła karta do gry. Spoglądał na mnie walet pik w kolorowym rynsztunku – Karty? Dlaczego… Co ty z nimi robisz?
-Nie twój interes. Zaufaj mi wolisz nie wiedzieć – Znów wygięła usta w szyderczy uśmiech – Znikaj mi z oczu nim się wkurzę. – wyrwała się z mojego ucisku, odwróciła na pięcie i odeszła.
No, znów króciutki, no ale cóż, ledwo go wysmarowałam. ;) Mam nadzieję, że będzie się podobać.
z każdym rozdziałem ten szajs jest coraz gorszy.
ReplyDeleteTo po co czytasz?
ReplyDeletektoś tu sobie chyba z podstawną krytyką nie radzi.
ReplyDeleteBardzo fajny rozdział. Czekam na następne! :)
ReplyDeletegdzie jest nemo?!
ReplyDeleteNadal jestem zachwycona... Jednak trochę nie podobało mi się "charknęła i..." oraz "sprawdziła, czy nie oddycha". Według mnie napisane niepoprawnie.
ReplyDeleteCzekam chyba na rozwój wydarzeń, bo co innego mi pozostało?
kwakkwakkwakkwakkwakkwakkwakwakkwakkwak
ReplyDeleteo ja ciebie w mordę, ale legolas!
ReplyDeletefuck yeah, i co ja mam włożyć na te urodziny?
ReplyDelete..Fajny rozdział ..:)
ReplyDeleteNo to pozostaje czekać na ciąg dalszy :)
Anonymous .. Jak ci się nie podoba to nie czytaj.
A skoro doszedłeś /doszłaś do V rozdziału to musiało cię wciągnąć . A resztę komentarzy sobie daruj .. To nie jest twój pamiętnik..